Turcja - część II - Kapadocja i Stambuł

lipiec 2022

tekst niebieski: Agnieszka

tekst czarny: Marek


Jedziemy wgłąb lądu. Obóz pod Hasan Daği na wysokości 1970m npm.

18 lipca
poniedziałek

Wczoraj wyruszyliśmy z naszego poprzedniego miejsca noclegu w kierunku Kapadocji. Zajęło nam to kilka godzin, ale w końcu około piętnastej dotarliśmy do Konyi, gdzie zjedliśmy obiad. Jak zwykle żelazny turecki zestaw, czyli lahmacun, kebab, pide i herbatki.
Po obiedzie zrobiliśmy krótki przystanek w Aksaray, gdzie zrobiliśmy zakupy spożywcze. Uzupełniliśmy zapasy przed noclegiem pod Hasan Daği, gdzie planowaliśmy spędzić kolejną noc.

19 lipca
wtorek

Dzisiaj Marek wstał wcześnie rano, już o 5:40 wyruszył w góry. 
W tym czasie my pozostaliśmy w namiocie do dziewiątej. Potem zjedliśmy parówki i jajecznice, a po dziesiątej poszliśmy na godzinny spacer na wzgórze. Później gotowaliśmy kuksu, a około godziny 13 Marek wrócił z gór. Był bardzo zadowolony z wędrówki, udało mu się wejść na szczyt. 
Jest trochę nudno, dzień się snuje. Czekam na jutro. O 5.20 pobudka. Przed 6 planuję wyjść w góry.

Słońce wstało koło szóstej.
Do wysokości około 2500m npm idę przez zbocza porośnięte łąką.
Ponad chmurami.
Już blisko szczytu.
Moja trasa (fioletowa)

Wyruszyłem koło szóstej rano. Poranek był bardzo zimny, ale zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Górę zdobywałem od północnej strony (załączony screen z mojej trasy). Na początku do pokonania miałem górską łąkę, poprzecinaną wieloma wąwozami. Teren ten służy lokalnym pasterzom jako miejsce wypasu owiec. Co chwilę słyszałem niesione wiatrem nawoływania i dzwonki. Czas mozolnego nabierania wysokości w samotności dobrze zrobił mojemu umysłowi. Podczas wakacji z dziećmi ciężko bowiem znaleźć chwile, kiedy można w spokoju ułożyć kłębiące się myśli. Ja osobiście taki czas znajduję właśnie w górach.
Później, gdzieś na wysokości 2500m n.p.m spotkałem jednego pasterza ze swoim stadem. Od tego miejsca teren zaczął stawać się coraz bardziej stromy, a kępy traw przechodziły w osypujące się kamienie.
Około dziewiątej dotarłem do grzbietu, którym już kierując się na zachód w stronę głównego wierzchołka, dotarłem na szczyt. Przed samym szczytem czekała mnie mała wspinaczka między głazami. Na górze widok nieziemski. Z jednej strony rozciągał się wulkaniczny krajobraz, z drugiej strony malownicze góry i doliny. Na szczycie spędziłem chyba z godzinę, kontemplując tak rzadko możliwy spokój oraz piękne widoki. 
Zejście z góry poszło dużo szybciej. Trzeba tylko było uważać na osypującym się, stromym odcinku, żeby nie zlecieć razem z kamienistą lawiną. Potem znowu łąka i koło pierwszej po południu byłem z powrotem przy naszym obozowisku.

Widoki z partii szczytowych.
Krater wulkanu.
Na szczycie.
Kolejny dzień - Agniesia wyrusza na swoją samotną wędrówkę.
Agniesia wyrusza na Hasan Dagi.

20 lipca
środa

5.17 - pobudka
5.40 - wschód słońca
5.50 - ruszam na Hasan Daği 3253m n.p.m.

HASAN DAGI
To już tradycja, że podczas wakacji dostaję jeden dzień wychodnego.
Już w Polsce planowałam ten dzień. Nie potrzebuję odpoczynku od rodziny, tylko bardziej energetycznego dnia. Wybrałam piękny wulkan w Kapadocji - Hasan Daği 3253m n.p.m. Drugi najwyższy w tym rejonie, ale wychodząc wcześnie rano można go zdobyć w jeden dzień. Niestety w internecie nie ma prawie żadnych informacji na jego temat poza tym, że można wynająć przewodnika i że kask na głowę wysoce rekomendowany z powodu spadających kamieni.
Rozbiliśmy obóz na dwie noce na końcu drogi na wulkan na wysokości 1970m n.p.m. Wzięliśmy zapas jedzenia i wody. Marek również chciał wchodzić, więc zrobiliśmy uczciwy podział: w jeden dzień wchodzi jedna osoba, druga opiekuje się dziećmi, a na drugi dzień zmiana.
Muszę przyznać, że miałam trochę obaw. Nie znałam topografii góry, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czy jest tam bezpiecznie, czy będą inni ludzie? To w końcu sam środek Turcji! Wstałam wcześnie rano, o 5.20. Dwadzieścia minut później wzeszło słońce. Byłam gotowa. Przecież zawsze mogę zawrócić. Nie miałam kasku, ale skoro będę sama, nie powinien na moją głowę spaść żaden poruszony kamień. I tak lekko rozemocjonowana pięłam się do góry. Jeśli myślicie, że teren wulkaniczny jest łatwy i przyjemny podczas trekkingu, to od razu odpowiem: nie jest. Stromy stok, osuwający się lawiniasty grunt, pył, w którym ciężko się stawia kroki. W dolnej partii kamienie i kępy trawy. Na szczyt nie prowadził żaden szlak. Każdy musiał wyznaczyć go sobie sam. Miałam szczęście, bo był słoneczny dzień. Widoczność idealna. Wybrałam daleki punkt i szłam w jego kierunku, omijając po drodze głazy, żleby itp. Do pokonania miałam ok. 1350 metrów w pionie. Niestety mój telefon został ostatnio utopiony w morzu przez córkę podczas fotografowania krabów nocą, moduł radiowy przestał działać, ale odbiornik GPS na szczęście był sprawny, więc używałam go do nawigacji. Plecak miałam lekki, wzięłam bandaż, trzy kanapki, ugotowane jajko, banana, dwa litry płynów, wafelka, kurtkę, okulary, chusteczki i powerbanka.
Okazało się, że byłam całkowicie sama. Tylko ja i wulkan, i wysokość trzy tysiące metrów. Wyobrażacie sobie to uczucie samotności i zdania na siebie! To pewnie najbardziej mnie niepokoiło wcześniej, ale gdy mam wybór: iść w góry sama albo zostać w domu, zawsze wybieram to pierwsze. Ostatnie 50-100 metrów pod szczytem to wspinaczka po wielkich głazach. Taka, którą lubię, gdzie szybko zdobywa się wysokość. Na szczycie cisza i spokój. Zero wiatru. I słup z flagą turecką. Posiedziałam sobie tam sama, w końcu to mój wolny dzień. Na zejściu naszły chmury i na wysokości 2900m n.p.m. miałam mały problem z zejściem i odnalezieniem drogi we mgle, ale mapa w telefonie szybko rozwiązała sprawę.
To był naprawdę dobry dzień. 😊

Wał z chmur przy zejściu Agniesi.
W ruinach osady Çanli Kilise.
W tle ruin ukryty w chmurach szczyt Hasan Dagi.
Nasze dziewczynki.
Ruiny kościoła bizantyjskiego Çanli Kilise.

Około czternastej odwiedzamy ruiny kościoła bizantyjskiego Çanli Kilise oraz mini podziemne miasto obok. Miejsce jest za darmo, ale słabo zachowane. Mimo to można tam co nieco zobaczyć.
Jedziemy wgłąb Kapadocji, w stronę słynnych struktur koło Göreme. Po drodze, w Acigöl, wstępujemy na pide. Za trzy pide i dwie sałatki płacimy 100 lir. Dobra cena.
W sklepie Şok spotykamy małżeństwo z Bydgoszczy, Waldka i Marię. Rozmawiamy, wymieniamy się kontaktami do siebie. Może jeszcze się spotkamy, bo jadą w tym samym kierunku.
Nocujemy na wzgórzu koło Kaymakli na wysokości 1500m n.p.m. Jest bardzo zimno, rano tylko 10 stopni.

W podziemnym mieście Kaymakli.

21 lipca
czwartek

Rano obudziliśmy się o siódmej, a następnie po śniadaniu udaliśmy się do Kaymakli, aby zwiedzić podziemne miasto, w którym ukrywali się prześladowani chrześcijanie. Miasto ma osiem poziomów, z czego do zwiedzania udostępniono cztery. Kaymakli to jedno z największych podziemnych miast w Turcji. Zostało wydrążone w miękkim tufie, a jego początki sięgają III wieku n.e. Według różnych źródeł, miasto mogło pomieścić od 3000 do nawet 5000 ludzi. Niestety, musiałam zrezygnować po dotarciu do drugiej kondygnacji z powodu klaustrofobii, ale Marek i Gabrysia przeszli całe miasto.
Po zwiedzaniu Kaymakli zatankowaliśmy samochód i pojechaliśmy do zamku Uçhisar, który był piękny i robił wrażenie. Zamek ten to jedna z najważniejszych atrakcji turystycznych Kapadocji. Zbudowany został na wzgórzu z litej lawy wulkanicznej, co nadaje mu charakterystycznego kształtu, przypominającego stożek. Zamek powstał w czasach bizantyjskich i przez wieki pełnił rolę obronną przed wrogami. W środku zamku znajdują się liczne jaskinie i tunele, które służyły jako schronienie dla mieszkańców w przypadku ataków. Obecnie zamek jest udostępniony dla turystów i pozwala na podziwianie wspaniałych widoków na okolicę. Warto też wspomnieć, że zamek Uçhisar jest jednym z najwyższych punktów w Kapadocji, co czyni go doskonałym miejscem do podziwiania panoramy regionu.

Na obiad zjedliśmy pide w Uçhisar, a potem wypiliśmy herbatę. 

Zamek w Uçhisar.
Lokalny cmentarzyk otoczony formacjami skalnymi.
Wchodzimy między skałki na szlak.
Zbieramy brzoskwinie.

Stożkowe ostańce zbudowane z porowatej skały - tufu wulkanicznego czynią to miejsce magicznym. Większość turystów pozostaje w miejscowości Göreme, która otoczona jest kilkoma dolinami. Samo Göreme, choć małe, jest mocno zatłoczone i głośne. Z reguły unikamy takich miejsc. Aby lepiej poznać teren, wymyśliliśmy szlak, niedługi, 7-8 km, tak żeby nasza najmłodsza córeczka sobie poradziła. Szacowałam, że zajmie nam to dwie godziny. Zajęło pół dnia.
Przybyliśmy do Göreme koło piętnastej, skąd rozpoczęliśmy wędrówkę szlakiem "Rose and Red Valley". Ale co to był za szlak! Weszliśmy do pierwszej doliny, potem płynnie przechodziliśmy do kolejnych wspinając się na grzbiety pofałdowanego terenu. Były ciasne przejścia, tunele, czasem pionowe drabiny. W skalnych stożkach odkryliśmy pozostałości cywilizacji - kilka małych kościółków z okolic XX wieku n.e. Pięknie zachowane freski, kolumny, kopuły. Droga wiła się wśród cierni, raz wyskoczył mi metrowy zielony wąż i narobiłam krzyku. Stare drzewa brzoskwiniowe uginały się od owoców, więc głodni nie byliśmy.

Po powrocie zmęczeni udaliśmy się na szybkie zakupy do sklepu BIM, a następnie na wzgórze, gdzie spotkaliśmy się ponownie z małżeństwem z Bydgoszczy, Waldkiem i Marią, poznanymi dzień wcześniej. Wspólnie z nimi podziwialiśmy piękny zachód słońca, a później spędziliśmy czas na rozmowach i odpoczynku do późnych godzin wieczornych, kończąc o 22:30.

Idziemy szlakiem.
Wnętrze üzümlü kilise.
Krajobraz podczas wędrówki.
Poranek na wzgórzu koło Goreme.

22 lipca
piątek

Wstajemy o świcie (5:10), aby zobaczyć loty balonów i wschód słońca. Potem jeszcze dosypiam, Marek już nie.
Po śniadaniu odwiedzamy kościół Aynali, potem (wciąż koło Göreme) zwiedzamy inne stare kościoły z IX-XI wieku, z pięknymi freskami oraz groby i kości ludzkie wewnątrz kościołów. Wśród nich odwiedzamy Çarıklı Kilise i piękny niebieski kościół Tokali Kilise.

Jedziemy w poszukiwaniu obiadu. Niestety ceny w Göreme są bardzo wysokie. Jedziemy klika kilometrów do znajomej restauracji "Husar" w Uçhisar.

W drodze powrotnej zwiedzamy osadę Zevle, gdzie w skałach wykute są domy, meczet z minaretem i kościół z klasztorem. Osada Zelve została zamieszkana przez wiele tysięcy lat, a jej początki sięgają okresu prehistorycznego. W okresie bizantyjskim osada była zamieszkana przez mnichów, którzy wypalali w miękkiej skałce komory i korytarze do swoich celów modlitewnych. W XIII wieku Zelve stało się osadą zamieszkałą przez chrześcijan i muzułmanów. Dopiero w 1952 roku wieś została opuszczona ze względu na postępującą erozję i zawaliska.

O osiemnastej docieramy na nocleg na wzgórze, w tym samym miejscu co wczoraj. Tam spotykamy kolejnych Polaków, tym razem z Wrocławia.

Dzieci obserwują balony o różnych kształtach.
Pod koniec startują bajkowe i zabawkowe balony.
Osada Zelve.
Kolejny balonowy poranek.
Skalny grzyb w Açiksaray.

23 lipca
sobota

Znowu wstajemy wcześnie na oglądanie balonów. Potem jajka sadzone na śniadanie, niestety w pośpiechu ze względu na atak os.
Opuszczamy rejon Göreme i powoli ruszmy w drogę powrotną.
O 10:30 zwiedzamy Açiksaray. Jest to bezpłatna atrakcja, miasto skalne, skalne grzyby, piękne fasady.

Po obiedzie w Aksaray docieramy nad ogromne słone jezioro Tuz Gölu, drugie pod względem wielkości jezioro Turcji. Przejeżdżamy przez nie usypanym sztucznym wałem, wjeżdżając nań trochę nielegalnie od strony zakładów solnych. W połowie wału zatrzymujemy się, moczymy nogi i podziwiamy widok na białą taflę jeziora.

Skalne miasto Açiksaray tętni życiem. Jak nie stada owiec, to żółwie.
Chyba już ostatnie spojrzenie na Hasan Daği.
Nad Tuz Gölu.
Tuz Gölu - panorama.
Dziewczyny na weselu w meczecie w Kirkkuyu.
Mężczyźni świętują na przewiewnym placu obok meczetu. Na zdjęciu modlitwa przed posiłkiem.

Turcy to bardzo gościnny naród.
Na przykład idę sobie lasem przy plaży, rozglądam się za fajnym miejscem do spania i nagle natrafiam na obóz Turków. Wołają mnie na szklankę coli i pieczone mięso. Gdy próbuję grzecznie odmówić, już mi polewają do kubka, a do ręki wkładają pieczoną kurzą nóżkę z wielkiej patelni.
Innym razem szukamy wody. Tak jak wtedy, gdy po przejechaniu słonego jeziora we wsi Kırkkuyu rozglądamy się za sposobem uzupełnienia naszych zbiorników. Starszy mężczyzna proponuje mi nabranie wody w meczecie. Wieś jest zamieszkana głównie przez przesiedlonych Tatarów Krymskich. Od razu zapraszają nas na wesele! Na poczęstunek. Kobiety osobno, mężczyźni osobno. Głupio mi odmówić, więc przyjmuję zaproszenie. Idę poinformować Marka. Mehmet - starszy Tatar instruuje mnie, żeby się ubrać w długie rękawy, bo przyjęcie jest w meczecie. Mnie i dziewczynki zabierają lokalne kobiety. Zostajemy na wejściu polane wodą różaną i poczęstowane słodkościami z kosza. Zajmujemy miejsce na dywanie przy okrągłym stoliku, obok siadają starsze panie. Jest gorąco, ale trzeba przy stole przykryć się obrusem. Taki zwyczaj. Gdy próbuję się delikatnie odkryć, panie przykrywają mnie jeszcze bardziej. 😉
Najpierw posiłek zanoszony jest do męskiej sali. My czekamy cierpliwie, aż przyjdzie nasza kolej. Dostajemy pyszne jedzonko - ciecierzycę, białą zupę z ryżem, kaszę kuskus z mięsem i sałatkę. Po posiłku dziękujemy, a zapoznany Mehmet zaprasza nas do swego ogrodu na turecką herbatę z samowara.
Ruszamy dalej. Czas leci szybko, dopada nas wieczór. Wypatrujemy na mapie jeziorko. Dojazd katastrofa. Pola, kurz, błota i przechyły. Dziesięć kilometrów ciągnie się niemiłosiernie. Nad jeziorem wielkie gliniaste błoto. Karol wpada po kolana. Wyciąga go Marek. Duży zapas wody tracimy na mycie. Nie zawsze jest pięknie. Namiot rozkładamy już po ciemku...

Zwiedzamy Ankarę.

24 lipca
niedziela

Dziś obudka o 6.30 rano. Nad jeziokiem spokój i cisza, ale do czasu... Przybiega wędrowna wataha bezpańskich psów. Niektóre z nich mają obroże z kilkucentymetrowymi, stalowymi kolcami. Po kilku minutach begną dalej i znikają za wzgórzami. 

Koło ósmej ruszyliśmy do Ankary, a po godzinie dotarliśmy do miasta, gdzie udaliśmy się na mszę św. w języku angielskim. Tam poznaliśmy Polkę Joannę, jej męża i 9-letniego syna Adama, którzy pracowali w ambasadzie polskiej.

Po mszy św. zwiedziliśmy stare miasto, Muzeum Cywilizacji Anatolijskich i park z Mauzoleum Ataturka.

Po obiedzie o 17-tej wyjechaliśmy z Ankary i wjechaliśmy na autostradę w stronę Stambułu. Niestety nie było bramki wjazdowej z możliwością dokonania opłaty autostradowej, a nie mieliśmy naklejki HGS.

O 20-tej znaleźliśmy miejsce noclegowe nad jeziorem w okolicach wsi Gölkoy.

Na tej tabliczce zapisanej pismem klinowym wyjaśniono, co należy zrobić z handlarzem podejrzanym o oszustwo. 

W Muzeum Cywilizacji Anatolijskich oglądamy wiele artefaktów i eksponatów związanych z historią Anatolii i kulturami z nią związanymi, m.in. z czasów Hetytów, Frygów i Lidiów. Zaciekawiły mnie tabliczki z inskrypcjami hetyckimi, którzy posługiwali się pismem klinowym.

Nasza miejscówka nad Morzem Czarnym.

25 lipca
poniedziałek

Pobudka o ósmej.
Jedziemy do Stambułu, ale droga daleka. Koło południa jemy obiad w tanim barze. Fasolka, mięska z warzywami, ryż, woda.
Postanawiamy odbić na północ nad Morze Czarne, a rano wcześnie kontynuować jazdę do Stambułu. Znajdujemy świetną miejscówkę z szeroką, prawie pustą plażą i ciepłym morzem. Pogoda też dopisuje.

Czas spać.
Poranek - ruszamy do Stambułu.
Stambuł - Rüstem Paşa Türbesi.
Wnętrze Hagia Sofia - obecnie meczetu.  Widok na Hagię Sofię z Błękitnego Meczetu. 

26 lipca
wtorek

Rano po śniadaniu na całkiem pustej plaży ruszamy do Stambułu.
Ale tu tłoczno, brakuje parkingów. Parkujemy daleko od starego miasta. Tramwajem docieramy do miejskiego parku Gülhane koło pałacu Topkapi. Niestety pałac jest dziś nieczynny. Tuż obok jest Hagia Sofia. Stoimy w dużej kolejce, ale szybko idzie. 

Hagia Sophia, która była kiedyś katedrą w Konstantynopolu, jest jednym z najważniejszych zabytków architektury bizantyjskiej. Na skutek podboju miasta przez muzułmanów w 1453 roku, została zamieniona na meczet i dodano do niej minarety. W 1935 roku Hagia Sophia została przekształcona w muzeum, a od 2020 roku z powrotem stała się meczetem.

Zwiedzamy też stojący po sąsiedzku Błękitny Meczet. Potem obiad, standardowo pide, lahmacun i herbata. Wchodzimy jeszcze na zadaszony bazar (Kapalı Çarşı), odwiedzamy kilka meczetów, kupujemy czajnik i wracamy do auta.

O17:30 ruszamy ze Stambułu. Korek!!
Koło 19-tej w Saray robimy zakupy spożywcze i po 20-tej szykujemy się na nocleg na obrzeżach wsi Çakalli w małym lasku.

Granica turecko-bułgarska.

27 lipca
środa

Przed południem jemy pide w małej miejscowości przy granicy, tankujemy i opuszczamy Turcję. Nie ma dużych kolejek. Mała niespodzianka - celnik informuje nas o mandacie za prędkość (320 TL).
Poszukujemy plaży w Bułgarii, przejeżdżamy przez Varvarę, Carevo, Primorsko. W końcu trafiamy na naszą znaną plażę pod Sozopolem. Kąpiel w morzu. Duże fale jak zawsze. Smażymy frytki, pijemy zakupione bułgarskie wino i piwo. Jest swojsko.
Poznajemy 66-letniego Leona z Ukrainy.
21:30 sen

Bułgaria - kolacja nad Morzem Czarnym.
Do południa kolejnego dnia wypoczywamy nad morzem.
Poranek na Węgrzech.

28 lipca
czwartek

Kąpiemy się w morzu, nie jest tak gorąco jak ostatnio i komarów jakby mniej. :)
Około południa opuszczamy Sozopol. Jedziemy przez Plowdiw (przystanek w barze "Happy") i Sofię do granicy serbskiej. Późnym wieczorem docieramy (prawie) do granicy serbskiej (Gradinje), ale kolejka ma wiele kilometrów i się nie praktycznie nie rusza, więc decydujemy się jechać przez Rumunię. Do rumuńskiej granicy też daleko, mamy jeszcze do przejechania bułgarskie pasmo górskie "Stara Płanina". Tam w środku nocy przegrzewa nam się silnik, zjeżdżamy z gór i nocujemy gdzieś na łące.  Mamy wyciek płynu chłodniczego przez korek ziornika wyrównawczego.

29 - 30 lipca
piątek - sobota

To była spokojna noc na łące przy drzewach, z widokiem na góry. Rano rześko i bez słońca. Po jajecznicy ruszamy, jednak po chwili silnik znowu się przegrzewa. Po konsultacji telefonicznej z naszymi mechanikami udało się rozwiązać problem. Odpowietrzylismy układ chłodzenia.
Koło pierwszej przekraczamy Dunaj i wjeżdżamy do Rumunii. Na granicy około godziny czekania.
Wieczorem docieramy do granicy z Węgrami. Tutaj już bez kolejki, dwa auta przed nami. O jedenastej stajemy na nocleg gdzieś w polach.
Cały kolejny dzień (z przerwami na zakupy i jedzenie) jedziemy do Polski.
O 20:15 jesteśmy w domu!




Dodaj Komentarz

1000
Wspomagane przez commentics

Komentarze (0)

Brak komentarzy, bądź pierwszy!


KONIEC