ferie zimowe - luty 2026
tekst niebieski: Agnieszka
tekst czarny: Marek
Pomysł na feryjny wyjazd zrodził się dwa miesiące temu. Siedząc przy obiedzie na placu Grunwaldzkim we Wrocławiu, palcem śledziłam mapę świata w telefonie i tęskniłam za Słońcem. Było szaro, chłodno i bardzo zwyczajnie. Gdy zobaczyłam, że ceny biletów są wyjątkowo atrakcyjne, w głowie zaczęła kiełkować myśl o taniej, namiotowej wyprawie na Saharę. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wydawało się to realne.
Nasza podróż do Republiki Zachodniej Sahary miała trwać dziewięć dni. Niestety przez oblodzenie lotnisk wylot opóźnił się o dwa dni i ostatecznie zostało nam tylko siedem. Siedem dni musiało wystarczyć, żeby naprawdę poczuć zmianę klimatu i oderwać się od codzienności.
Już pierwsze chwile pokazały, że to będzie inny świat. Bliskość oceanu czuło się nieustannie, gdyż silny wiatr niósł słone krople, które osiadały na okularach i we włosach. Wokół bezkresne bezdroża. Od czasu do czasu mijaliśmy niewielkie osady–oazy, gdzie uzupełnialiśmy zapasy wody i jedliśmy prosty obiad.
Trochę zaskoczył mnie surowy klimat pustyni zimą. Wyobrażałam sobie stałe ciepło, a tymczasem dni bywały chłodne i bardzo wietrzne. O dwudziestej zapadała całkowita ciemność. Dzień budził się dopiero po ósmej. Ten czas spędzaliśmy w namiotach, wsłuchując się w szum wiatru i trzepot materiału. Dzieci rosną, więc tym razem zabraliśmy już dwa namioty. Nasza rodzinna wyprawa zaczynała przypominać małą ekspedycję. Mimo trudów wszyscy znosili wszystko dzielnie, chłód, wiatr i długie przejazdy. Gaz kupiliśmy w Agadirze i dzięki niemu każdego ranka mogliśmy cieszyć się ciepłą herbatą. Kupiliśmy też małe szklaneczki marokańskie. Lubiłam te momenty poranków, gdy w chłodnych dłoniach trzymalam szklaneczkę herbaty, która smakowała wyjątkowo.
Sahara Zachodnia to region niestabilny politycznie. Maroko rości sobie do niego prawa, a obecność wojska jest widoczna niemal na każdym kroku. Co kilka kilometrów mijaliśmy posterunki. To sprawiało, że znalezienie miejsca na nocleg bywało trudniejsze, niż się spodziewaliśmy. Chcieliśmy uniknąć problemów, więc ostrożnie wybieraliśmy miejsca na rozbicie obozów.
Raz jednak nieświadomie rozbiliśmy namioty na terenie poligonu. Po zmroku podeszło do nas dwóch żołnierzy z karabinami. Nie było agresji, ale sytuacja była wystarczająco poważna, byśmy bez dyskusji zaczęli zwijać obóz. W ciemności, przy świetle latarek, pakowaliśmy namioty i przenosiliśmy się w inne miejsce. To był moment, który przypomniał nam, gdzie jesteśmy. Ta surowa przestrzeń ma nie tylko piękno, ale i swoją polityczną, napiętą rzeczywistość.
Całą wyprawę spędziłam boso albo w klapkach. Piasek pod stopami stał się czymś naturalnym. Dlatego na lotnisku ciężko było mi znów założyć skarpetki i buty. To był moment powrotu do europejskiego klimatu, do codzienności...
Twoja prywatność jest dla mnie ważna i ta strona nie rozsyła reklam:
Te zasady mogą ulec zmianie w dowolnym czasie i bez powiadomienia.
Komentarze (0)