MAROKO i SAHARA ZACHODNIA

ferie zimowe - luty 2026

tekst niebieski: Agnieszka

tekst czarny: Marek


Pomysł na feryjny wyjazd zrodził się dwa miesiące temu. Siedząc przy obiedzie na placu Grunwaldzkim we Wrocławiu, palcem śledziłam mapę świata w telefonie i tęskniłam za Słońcem. Było szaro, chłodno i bardzo zwyczajnie. Gdy zobaczyłam, że ceny biletów są wyjątkowo atrakcyjne, w głowie zaczęła kiełkować myśl o taniej, namiotowej wyprawie na Saharę. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wydawało się to realne.
Nasza podróż do Republiki Zachodniej Sahary miała trwać dziewięć dni. Niestety przez oblodzenie lotnisk wylot opóźnił się o dwa dni i ostatecznie zostało nam tylko siedem. Siedem dni musiało wystarczyć, żeby naprawdę poczuć zmianę klimatu i oderwać się od codzienności.

W Marakeszu na targu.
Nad oceanem koło zlikwidowanej wioski Tifnit.
Tak jak piętnaście lat temu, atlantyckie wybrzeże Maroka usiane jest śmieciami. Można wręcz stwierdzić, że wróciliśmy na "stare śmieci".
Brzeg oceanu często jest odwiedzany przez miejscowych wędkarzy.
Resztki wioski Tifnit, zburzonej przez władze. Rzekomo z powodu nielegalnej zabudowy, ale są plotki, że za tym działaniem stoi hotelowy deweloper.
Kolejny nocleg na wydmach przy ultra szerokiej plaży Blanche. Sam dojazd tutaj był nie lada wyzwaniem dla naszej Dacii Duster z napędem na jedną oś. Kilkanaście kilometrów po piachu i kamieniach, ale udało się nie zakopać.
Plage Blanche i jej bezkresne wydmy.
Na Plage Blanche królują śmieci nie z lądu, a z morza. Plastikowe opakowania po olejach, elementy statków. Na obrazku beczka po oleju używanym w układach hydraulicznych statków. Ciekawe ile tego badziewia pływa po oceanach?
Oddajemy się plażowym zabawom.
Dojazd do plaży wiedzie przez takie oto malownicze tereny.

Już pierwsze chwile pokazały, że to będzie inny świat. Bliskość oceanu czuło się nieustannie, gdyż silny wiatr niósł słone krople, które osiadały na okularach i we włosach. Wokół bezkresne bezdroża. Od czasu do czasu mijaliśmy niewielkie osady–oazy, gdzie uzupełnialiśmy zapasy wody i jedliśmy prosty obiad.
Trochę zaskoczył mnie surowy klimat pustyni zimą. Wyobrażałam sobie stałe ciepło, a tymczasem dni bywały chłodne i bardzo wietrzne. O dwudziestej zapadała całkowita ciemność. Dzień budził się dopiero po ósmej. Ten czas spędzaliśmy w namiotach, wsłuchując się w szum wiatru i trzepot materiału. Dzieci rosną, więc tym razem zabraliśmy już dwa namioty. Nasza rodzinna wyprawa zaczynała przypominać małą ekspedycję. Mimo trudów wszyscy znosili wszystko dzielnie, chłód, wiatr i długie przejazdy. Gaz kupiliśmy w Agadirze i dzięki niemu każdego ranka mogliśmy cieszyć się ciepłą herbatą. Kupiliśmy też małe szklaneczki marokańskie. Lubiłam te momenty poranków, gdy w chłodnych dłoniach trzymalam szklaneczkę herbaty, która smakowała wyjątkowo.

Żeglarz portugalski wyrzucony przez Atlantyk.
Muszla Argonauta argo. Jest to cienka, lekka muszla wytwarzana przez samice ośmiornic z rodzaju Argonauta w celu ochrony jaj. 
Zwiedzamy Park Narodowy Khenifiss.
W Khenifiss chronione są laguny i wydmy. Jest tu sporo ptactwa wodnego.
Jak wszędzie w Maroku, chronione są też liczne śmieci.
"Diabelska dziura" koło Akhfennir. 
Ten rejon świata to kraina kotów.
Tradycja i nowoczesność. Odwieczny towarzysz pustynnych ludów na tle wiatraków.
Wieczorne Słońce nad Saharą.
Gdzieś pomiędzy Marokiem, a Saharą Zachodnią.
Zachodzące Słońce i nasze obozowisko.
Wyżej w górzystych rejonach pustynia zmienia się w łąki kwietne.

Sahara Zachodnia to region niestabilny politycznie. Maroko rości sobie do niego prawa, a obecność wojska jest widoczna niemal na każdym kroku. Co kilka kilometrów mijaliśmy posterunki. To sprawiało, że znalezienie miejsca na nocleg bywało trudniejsze, niż się spodziewaliśmy. Chcieliśmy uniknąć problemów, więc ostrożnie wybieraliśmy miejsca na rozbicie obozów.
Raz jednak nieświadomie rozbiliśmy namioty na terenie poligonu. Po zmroku podeszło do nas dwóch żołnierzy z karabinami. Nie było agresji, ale sytuacja była wystarczająco poważna, byśmy bez dyskusji zaczęli zwijać obóz. W ciemności, przy świetle latarek, pakowaliśmy namioty i przenosiliśmy się w inne miejsce. To był moment, który przypomniał nam, gdzie jesteśmy. Ta surowa przestrzeń ma nie tylko piękno, ale i swoją polityczną, napiętą rzeczywistość.
Całą wyprawę spędziłam boso albo w klapkach. Piasek pod stopami stał się czymś naturalnym. Dlatego na lotnisku ciężko było mi znów założyć skarpetki i buty. To był moment powrotu do europejskiego klimatu, do codzienności...

Jeśli uważasz, że nasze relacje są interesujące lub wniosły coś do Twojego życia, to postaw nam proszę wirtualną "małą czarną".

Postaw mi kawę na buycoffee.to


Dodaj Komentarz

1000
Wspomagane przez commentics

Komentarze (0)

Brak komentarzy, bądź pierwszy!


KONIEC