Teneryfa zimą

Wejście na Teide i kilka innych atrakcji - luty 2019

tekst czarny: Marek

tekst niebieski: Agnieszka


Na plaży w La Caleta de Interián. 

Ostatnio spędziliśmy tydzień na Teneryfie i jak na opcję „zima w Polsce”, było super! :)
Teneryfa zawsze podobała mi się na zdjęciach, ale uważałam ją za wyspę dla „wapniaków”, seniorów itp., więc odkładałam ją na późniejsze lata życia. Plaże, piasek, kurorty... Całkowicie umknął mi fakt, że Teneryfa to przecież piękne góry, a prawdziwy zachwyt przyszedł dopiero podczas żywego kontaktu z nimi.
Po przylocie na Teneryfę południową, ruszyliśmy wypożyczonym samochodem VW Caddy na samą północ, gdzie wynajęliśmy przez airbnb mieszkanie od Carmelo w La Caleta de Interian. Na miejscu czekała już nasza współlokatorka – moja przyjaciółka Edyta z Warszawy z ośmioletnią Ulą i trzynastomiesięczną Nelą. Ale śmiesznie umawiać się na spotkanie 5,5 godziny lotu samolotem od domu. ;) Mieszkanie okazało się naprawdę duże – trzy pokoje, dwie łazienki, kuchnia i ładne patio.
Był dość pochmurny dzień, więc popołudnie spędziliśmy spacerując miasteczkiem i wybrzeżem. Zrobiliśmy przywitanie z Oceanem Atlantyckim, a Gabrysia raczkowała po kamienistej plaży, układając kamienie.

Północne wybrzeże jest raczej chłodne, pochmurne i wietrzne.
Droga TF-436 do Masca. Widok na Gomerę.
W Masca.

Na drugi dzień, po jako tako odespanej nocy (dzień wcześniej mieliśmy bardzo wczesny lot), ruszyliśmy serpentynami do pięknie położonej wioski piratów – Masca. Miejscowość leży na wysokości około 600 m n.p.m. w masywie górskim Teno. Stąd zaczyna się malowniczy wąwóz, który biegnie do plaży położonej wśród klifów Los Gigantes. Niestety na chwilę obecną wąwóz jest zamknięty, trwają prace zabezpieczające przejście. W Masca Edyta namówiła mnie na słynną kanaryjską kawę barraquito. Ciekawe doświadczenie smakowe, dzięki Edi! :) W małym centrum spotkaliśmy muzyka ulicznego, który zaciekawiony Gabrysi spojrzeniem, postanowił usiąść z nią i zagrać skoczny utwór na gitarce, śpiewając wesoło. W wiosce po raz pierwszy udało nam się skosztować opuncji z ogrodu mieszkańca. Kupiliśmy też konfiturę z tego owocu. :) Próbowałam zerwać własnoręcznie opuncję, ale skończyło się to dla mnie tragicznie – drobne igły powbijały mi się w dłonie, usta i język! :(
Z Masca pojechaliśmy na południe do Las Americas, gdzie mieliśmy wykupiony dwugodzinny rejs statkiem w poszukiwaniu delfinów. Mieliśmy jeszcze zapas czasu, więc godzinę spędziliśmy na ciepłej plaży. Rejs był pomysłem Uli i naprawdę udało nam się zobaczyć dzikie delfiny! Kapitan katamaranu dawał 50% szans, mieliśmy szczęście. Niestety obcowanie z delfinami skaczącymi tu i tam przypłaciłam okropną chorobą morską. Mały katamaran na rozbujanym oceanie to jednak nie dla mnie! Z powodu zbliżającego się sztormu zawróciliśmy do portu, ale dla mnie powrót trwał całą wieczność. Fale były wielkie, chlupało do łodzi tak, że byliśmy mokrzy!
Następny dzień był bardzo wietrzny, a nadbrzeżne północne miejscowości miały zamykane drogi z powodu zalania.
Po rejsie Marek postanowił spędzić noc w górach w kalderze wulkanicznej, sam ze śpiworem, bez namiotu. Zawiozłam go na 2000 m n.p.m. na miejsce, które wcześniej wypatrzył sobie na mapie i skąd zaczynał się jego długi szlak na wulkan Teide, prowadzący przez sąsiedni wulkan Viejo, a ja z Gabrysią z kompletnych ciemnościach zjechałyśmy serpentynami do naszego mieszkanka.

Wybraliśmy się na komercyjny rejs w poszukiwaniu delfinów.
Po prawie trzech godzinach podejścia na Pico Viejo widać oznaki zbliżającego się wschodu Słońca.
Wschód Słońca o 7:51.

Opis mojego pobytu w górach.

Dwa dni przed wylotem z Polski zorientowałem się topograficznie po okolicy Teide i postanowiłem wejść na nią od strony zachodniej, przez krater drugiego dużego wulkanu, Pico Viejo. Jak zaplanowałem, tak zrobiłem. Wieczorem w piątek Agniesia podwiozła mnie na upatrzony wcześniej punkt na drodze TF-38, blisko początku szlaku numer 9. Zaopatrzony w śpiwór oddaliłem się kilkaset metrów od drogi i znalazłem dobre miejsce na nocleg pod gwiazdami. Wybrałem miejsce osłonięte od zimnego wiatru, tak że w nocy było mi całkiem ciepło. Noc była bardzo gwiaździsta, a temperatura nie spadła niżej niż kilka stopni powyżej zera.
Przed piątą rano zacząłem podejście. Dokuczliwy był zwłaszcza silny i bardzo zimny wiatr wschodni, który w zasadzie cały dzień utrudniał mi wędrówkę. Wiał tak mocno, że zwiewał rękawice położone na kamieniu. Po prawie trzech godzinach marszu i pokonaniu ponad tysiąca metrów przewyższenia, przywitałem wschód Słońca. Od tego momentu zaczęło robić się cieplej i przyjemniej. 

I ja witam Słońce. 
Szlak numer dziewięć, którym podążałem wiele godzin.
Wyłonił się cel dzisiejszej wędrówki.
Nad kraterem Pio Viejo.

Godzinę po wschodzie dotarłem nad brzeg krateru Pico Viejo. Jest to drugi co do wysokości szczyt Teneryfy o wysokości 3135 m n.p.m.. Sam krater jest ogromny, o średnicy około 700m. Na krawędzi krateru przeraźliwie wiało.
Na przełęczy między Viejo a Teide zjadłem obiad, nabierając sił przed kolejnym podejściem. Wszędzie krajobraz jak z innej planety. 
Podejście z przełęczy było dla mnie dosyć męczące, szczególnie że mniej więcej od wysokości 3300 zacząłem odczuwać chorobę wysokościową. Szlak wytyczony jest przez czarne pole magmowe, które kończy się w momencie gdy dochodzi się do oznaczonego punktu z widokiem na krater Pico Viejo. Potem szlak jest poprowadzony wzdłuż poziomic i szeroką ścieżką dochodzi się do górnej stacji kolejki na Teidę.

Jajo Teide na polu magmowym.
Krater Pico Viejo widziany ze zboczy Teide.
Mapa topograficzna kaldery Las Cañadas z zaznaczonymi szlakami. Ja wchodziłem dziewiątką i schodziłem zmodyfikowaną siódemką (tzn. skrótem).

Przy stacji kolejki nie spotkałem ludzi. Okazało się, że kolejka nie pracuje, najprawdopodobniej ze względu na bardzo silny wiatr. Z tego też powodu nie dotarli do góry strażnicy sprawdzający zezwolenia na wejście na szczyt. Nad kraterem Teide stanąłem o 12:50, czyli po ośmiu godzinach od wyruszenia z miejsca noclegu. 

W czasie, gdy wchodziłem na Teidę, dziewczyny bawiły nad sztormowym oceanem.
Widok z podejścia na szczyt Teide.
Krater Teide nie jest tak spektakularny jak odwiedzony wcześniej Pico Viejo.

Do drogi zszedłem szlakiem numer siedem. Jest to trasa najpopularniejsza i również najlepiej utrzymana. Idzie się szeroką ścieżką ułożoną z kamieni. Po zejściu w okolicę Montana Blanca postanowiłem skrócić sobie trasę  i zacząłem zejście w poprzek poziomic przez ostre skały wulkaniczne. Jako, że było to pięćset metrów przewyższenia, przejście skrótem zajęło mi dwa razy więcej czasu niż normalny szlak dookoła Montana Blanca.

Ja na szczycie Teide - 3718 m n.p.m.
Kolejne jajo Teide, tym razem widziane podczas zejścia szlakiem nr 7.
W okolicy Montana Blanca postanowiłem skrócić sobie drogę i zafundowałem sobie długie zejście po takich kamieniach.

Z okolicy dolnej stacji kolejki złapałem krótkiego stopa do Boca Tauce, a potem do Chío, skąd zabrała mnie sympatyczna para Niemców. Okazało się, że wynajmują lokal kilkaset metrów od naszego miejsca w La Caleta de Interián, która to miejscowość jest dosyć trudno dostępna. Myślę, że był to jedyny samochód, który akurat tam zdążał. Ciekawe, że akurat się zatrzymali :)

Pico Viejo (po lewej) i Teide. Moja trasa biegła grzbietem masywu od lewej do prawej wg. tego zdjęcia.
Łapię stopa na północne wybrzeże.
W niedzielę odwiedziliśmy Garachico.

Trzeci dzień na Teneryfie spędziłyśmy bez Marka w kobiecym składzie – ja, Edyta i nasze trzy dziewczyny. Odwiedziłyśmy centrum urokliwego miasteczka Garachico i tam zakupiłyśmy pamiątki. Starszym dzieciom znalazłam drewniane proce (od dłuższego czasu o tym marzyły), a sobie kupiłam piękne srebrne kolczyki ze skałą wulkaniczną. Po Garachico pojechałyśmy do Puerto de la Cruz. Zaparkowałyśmy samochody przy nadbrzeżu i rozpoczęłyśmy spacer po mieście, odwiedzając plażę, fort św. Filipa i usytowany na wzgórzu park Taoro. Na zakończenie pobytu w tym mieście zjadłyśmy pyszną pizzę w starej tradycyjnej pizzerii, mieszczącej się nad samym oceanem. W drodze powrotnej coś mnie podkusiło i zajechałam z Gabrysią do centrum miasteczka Icod de los Vinos, gdzie rośnie najstarsza smocza dracena na świecie. Uliczki były tak wąskie i strome, że nawet mnie przyprawiały o zawał serca i do dziś zastanawiam się, czy zobaczenie tego drzewa było warte tego stresu. ;) Tego dnia wieczorem wrócił Mareczek. Zmęczony, ale szczęśliwy. Udało mu się złapać stopa prosto do mieszkania! Farciarz.

Agnieszka kupuje prezenty dla dzieci.
Na plażach Costa Adeje na południu można za to liczyć na słoneczną pogodę.
Na Costa Adeje.

Następnego dnia Edyta, Ula i Nela miały lot powrotny do Polski, a my mieliśmy zdać lokum i przeprowadzić się na kolejne cztery dni w okolice stolicy wyspy – Santa Cruz. Rano pożegnaliśmy się z dziewczynami, które pojechały do miasteczka La Caleta de Adeje na południe, a my do Garachico do kościoła na mszę. Po cichu liczyliśmy, że uda nam się jeszcze zobaczyć przed odlotem, ale niestety za późno dotarliśmy do Calety. Msza św. w kościele św. Anny była ciekawa, odbył się chrzest chłopczyka, a Gabrysia zaczepiała z powodzeniem modlących się wokół Hiszpanów, skutecznie ich rozpraszając... Na północy było dość pochmurnie, za to na połudnu już upał. Leżakowaliśmy na plaży i wybraliśmy się na spacer po klifowym wybrzeżu. Było cudnie!

Roques de García w kalderze Las Cañadas. 
Krajobraz w kalderze budzi skojarzenia z widokami znanymi z filmów sci-fi.
Księżycowy krajobraz raz jeszcze.

Jeszcze tego samego dnia Marek zabrał nas w okolice Teidy na małą wędrówkę przy skałach z widokiem na wulkan. Bardzo urokliwe miejsce. Do stolicy zjechaliśmy malowniczą drogą serpentynami, ponad chmurami, podziwiając na zmianę z lewej i prawej strony wybrzeże i ocean. Do nowego mieszkania przyjechaliśmy późno, już po zmroku. Lokum było ciasne, ok. 12m2, ale kompletne. Było duże łóżko, łazienka i kuchnia, a do tego ogromny taras z roślinnością, małą siłownią i leżakami. Gabrysia bardzo go sobie upodobała. :) Gospodarzami była przesympatyczna rodzina murzyńska, która bardzo przejęła się obecnością dziecka i następnego dnia dostarczyli nam łóżeczko, które wnieśli po… zdemontowaniu okna, gdyż nie mieściło się w drzwiach!

Okolice Chinamada w górach Anaga. Góra Taborno.
Góry Anaga.
W Chinamada poletka uprawiane są jak przed stu laty.

Nasz piąty dzień na Teneryfie spędziliśmy w górach Anaga. Krętymi, wąskimi drogami dojechaliśmy do wioski Chinamada, gdzie tubylcy mieszkają w naturalnych lub drążonych grotach skalnych, budując jedynie ściany frontowe bielone wapnem. Widok jest niesamowity! Drugą część dnia przeznaczyliśmy na pobyt na plaży De Las Teresitas – perły wśród plaż. Mimo wietrznego popołudnia bardzo odpoczęliśmy. Gabrysia znalazła sobie dwie „koleżanki” - dwudziestoparoletnią Chilijkę i kilkuletnią Hiszpankę. Dzielnie za nimi raczkowała po plaży, a ja mogłam spokojnie poczytać książkę.

Na plaży Teresitas koło San Andrés. Gabrysia lubi bawić się sama...
... lub ze starszymi koleżankami.
... a nawet z dziewczynkami w podobnym wieku.

Wreszcie nadszedł dzień, na który długo czekałam! :) Był to dla mnie niesamowity dzień, bo spędziłam go sama ze sobą w pięknych okolicznościach przyrody, wchodząc na wulkan Teide 3718 m n.p.m. - najwyższy szczyt Hiszpanii. Pozwolenie na wejście załatwialiśmy już dwa miesiące wcześniej. Poziom ekscytacji był wysoki, choć obaw też było trochę. Najpierw musiałam pokonać godzinną drogę serpentynami w ciemnościach, by dostać się na wysokość 2000 m n.p.m., gdzie zostawiłam wynajęty samochód na małym parkingu, skąd zaczynał się mój szlak oznaczony numerem 7. Mimo, że wyszłam o siódmej rano, było jeszcze całkowicie ciemno... Zjadłam banana z jogurtem sojowym, włączyłam czołówkę i ruszyłam w górę. Trasa prowadzila marsjanskim krajobrazem po pyle wulkanicznym. Czułam się jak na innej planecie. :) Po drodze zastał mnie piękny wschód słońca, a po godzinie minęłam pierwszych ludzi - sympatycznych Polaków, którzy musieli wyjść przede mną, ale mieli spacerowe tempo. Nie spieszyli się, bo nie mieli pozwolenia na szczyt, tylko kręcili się po zboczach góry. Po trzech godzinach dotarłam do małego schroniska na wysokości 3300 m n.p.m., gdzie zjadłam pożywny posiłek w miłym towarzystwie trzech Hiszpanów.

Wschód Słońca przy jajach Teide. Wejście Agnieszki.
Agnieszka na szczycie Teide.
Wyziewy siarki z krateru Teide.
Pozdrowienia z najwyższego szczytu Hiszpanii.

Na wysokości 3550 m n.p.m. znajdowała się budka, gdzie hiszpańscy strażnicy kontrolowali pozwolenia na wejście na szczyt. Tam też było dużo ludzi i tłoczno, gdyż obok była górna stacja kolejki kursującej nad zboczem góry. Po 4 godz i 35 minutach dotarłam na szczyt. I tu niespodzianka, bo spotkałam kilku Polaków :) Nie wiem, po co tak szybko szłam, bo byłam dwie godziny przed moją godziną wejścia na szczyt (pozwolenie dostaje się na konkretny przedział czasowy), a szlak przewidziany był na sześć godzin. Okazało się, że na szczycie jest bardzo mało miejsca. Mimo to posiedziałam tam ponad pół godziny w pełnym słońcu i przy - 3C, jedząc kanapki i wdychajac opary siarki (ble). Schodząc z wulkanu, poszłam jeszcze na punkt widokowy na wulkan Viejo (ok. dziesięć minut drogi), który polecił mi Mareczek. Przechodząc obok górnej stacji kolejki, usłyszałam polska mowę. Nastoletni syn pytał matki, czy na ten wulkan da się wejść, bo chyba widzi tam kogoś na szczycie. Na to matka, że "eee nie, po co tam wchodzić zresztą". Wtedy się odezwalam, że właśnie rano weszłam od samej drogi, a teraz schodzę. Popatrzyli na mnie jak na kosmitę. Usłyszalam od nich: "Po co tak się męczyć, skoro za 25 euro można wjechać, zjechać i obejrzeć sobie górę z wagonika". W drodze powrotnej miałam nadzieję usiąść dłużej w słońcu i zregenerować się, ale w połowie szlaku spotkałam dwie zagubione starsze Francuzki, które poprosily mnie o pomoc w dotarciu do drogi. Mimo wszystko wspólne zejście było miłe, z jedną z nich rozmawialo mi się tak dobrze, jakbyśmy się znały od lat. Muszę przyznać, że naprawdę wspaniale spędziłam ten dzień. Widoki były nieziemskie, a ja cieszę się, że potrafię pielęgnować WŁASNĄ NIEZALEŻNOŚĆ. Że wcale nie muszę uzależniac swojego szczęścia od innych ludzi, tylko robię swoje i żyję swoim życiem. :)

Nasz taras w mieszkaniu w Santa Cruz.
Chamorga w górach Anaga - ruszamy na szlak.
Idziemy grzbietem wzniesień na północ od Chamorgi.

Został nam ostatni pełny dzień na wyspie. Wybraliśmy się do miejscowości Chamorga w górach Anaga (północno-wschodnia część wyspy), skąd wychodzi kilka tras hikingowych. Zabieramy Gabrysię do nosidła i idziemy na kilkukilometrowy szlak Chamorga – Cruz del Draguillo – Casa de Tafada – Chamorga. Doszłam do wniosku, że odwiedzanie ogrodów botanicznych na Teneryfie nie ma sensu, bo cała wyspa stanowi jeden wielki egzotyczny ogród. Podziwialiśmy bogatą roślinność i widok na ocean oraz poszarpane skały. Spotkaliśmy roślinę do złudzenia przypominającą mniszka lekarskiego, tylko na grubej łodydze, osiagającą jakieś 1,5m wysokości! Sama Chamorga to domki rozsiane po wzgórzach, a w centralnej części kaplica na małym kamiennym placu. Bardzo mało tutaj turystów, dlatego zaskoczyło nas ogromnie spotkanie po latach dobrej znajomej z Krakowa – Ani i jej męża. :) Spędziliśmy później miło wieczór w naszym małym mieszkanku. :)

Stolica Teneryfy z Teidą w tle.
W dniu wylotu dostaliśmy taki prezent od naszego gospodarza z booking.com.
Ostatnie spojrzenie na wyspę.

Po tygodniu spędzonym na Teneryfie dostaliśmy od z naszych gospodarzy prezent – ceramiczny świecznik z nazwą wyspy. Zrobiło nam się miło, wyściskaliśmy się na pożegnanie. Czekał nas 5,5 godzinny lot, który o dziwo zleciał naprawdę szybko. Niektórzy ludzie kojarzyli nas w samolocie z lotu na Teneryfę, więc było z kim porozmawiać o wrażeniach z pobytu. Gabrysia miała dłuższą drzemkę, a pozostały czas raczkowała wesoło po korytarzu samolotu.



KONIEC