Północna Grecja, Albania i Macedonia

Sprawdzamy, jak się podróżuje z trójką dzieci - czerwiec 2018

tekst czarny: Marek (jeszcze nie miałem weny aby coś napisać)

tekst niebieski: Agnieszka


02-05.06.2018r.  Jak dotarliśmy na Południe.

Pierwszym wyzwaniem, z którym mieliśmy się zmierzyć, było dotarcie na Bałkany. Żeby nie umęczyć dzieci, postanowiliśmy się rozdzielić. Marek wyjechał prawie trzy dni wcześniej samochodem, do pokonania miał 1800 km lądem, a następnie przeprawił się promem w Igoumenitsa w Grecji na wyspę Korfu. Pierwsze 800 km towarzyszył mu sympatyczny Serb poznany na Bla bla car - Goran, który wracał z Polski do domu - do Vrdnika. Ja natomiast kupiłam bilety lotnicze i z trójką dzieci poleciałam samolotem z Katowic na Korfu. Zastanawiałam się, czy dam radę sama, ale dzieci fajnie współpracowały i po wylądowaniu spotkaliśmy się wszyscy na lotnisku. :)

Drugim wyzwaniem był samochód.
Jest nowym nabytkiem w rodzinie i udało nam się go zarejestrować dopiero tydzień przed wyprawą. Samochód to typowy Japończyk z kierownicą po prawej stronie, z krótkim numerem nadwozia, przez co nie spełniał warunków technicznych i potrzebna była zgoda ministra infrastrukury o odstępstwo przy rejestracji. Trwało to dwa miesiące... Podczas rejestrowania pojazdu dostaliśmy tzw. miękki dowód ważny miesiąc, a że podróż trwała ponad trzy tygodnie, wracaliśmy na już nieważnym dokumencie od Macedonii przez Serbię, Węgry, Słowację i Czechy do Polski. Na szczęście na granicy nikt się nie czepiał.
Innym problemem był fakt, że auto miało wiele mankamentów (w końcu to rocznik '95), stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia i jazda niesprawdzonym pojazdem w daleką podróż to ryzyko. W moim rodzinnym serwisie mechanicy wraz z mistrzem warsztatu spięli się i udało się naprawić wszystkie ewidentne usterki, a nawet część ukrytych. Auto w czasie wyjazdu mimo słabo działającej klimatyzacji sprawdziło się na medal! Ufff... No dobra, było jedno nieszczęśliwe zdarzenie. Podczas cofania Marek nie zachował ostrożności i uderzył tyłem samochodu w …. mur posterunku policji w Skopje! 

Poranek po naszym pierwszym noclegu.

05-10.06.2018r.   Korfu i północna Grecja.

Na Korfu spędziliśmy niecałe 4 dni – wystarczająco jak na tak małą wyspę. W tym czasie odwiedziliśmy najwyższą górę Pantokrator 906mnpm (na szczycie znajduje się klasztor Chrystusa Pantokratora), ciekawe przylądki i plaże z ciepłym Morzem Jońskim, na których spokojnie można postawić namiot oraz próbowaliśmy kuchni greckiej. Pogoda nam dopisywała – 30 stopni i słońce. 

Na najwyższym szczycie Korfu monastyr został zdominowany przez liczne maszty antenowe. 
Najwyraźniej Gabrysi podoba się plażowanie.
Greckie piwo Mythos. W tle Albania.
Rozbiliśmy obóz na przylądku Roda na północnym wybrzeżu Korfu.
i załapaliśmy się na zachód Słońca.
Meteory. Tym razem trafiło nam się takie miejsce noclegowe.
Meteory. Klasztory na wysokich skałach robią ogromne wrażenie.

Następnie przeprawiliśmy się promem na kontynentalną, północną część Grecji. Kiedyś byłam już w tej części kraju, więc koniecznie chciałam, aby Marek i dzieci zobaczyli (jak dla mnie) jeden z cudów świata – Meteory, czyli masywy skalne niedaleko Kalambaki, na szczytach których umiejscowione są 24 klasztory prawosławne. Pierwszy monastyr, do jakiego zawitaliśmy, to Klasztor św. Barbary. Jako że było już późne popołudnie i reszta klasztorów już się zamykała, postanowiliśmy rozbić namiot w lesie pośród skał. Widok był niesamowity. Wybraliśmy się na wieczorny hiking do Jaskini Smoka, a rano kontynuowaliśmy zwiedzanie monastyrów. Odwiedziliśmy klasztor główny i jeszcze jeden mniejszy – św. Stefana.

Dawny kościółek pw. Zaśnięcia Matki Bożej na dnie wąwozu Vikos. Ściany wąwozu Vikos to takie właśnie formacje.

Po opuszczeniu regionu Kalambaki ruszyliśmy do wąwozu Vikos w górach Pindos. Po drodze zabraliśmy autostopowicza – podróżnika rowerzystę Eryka z Kalifornii. Uparł się i opłacił nam przejazd autostradą, a potem zatrzymaliśmy w Ioaninie na wspólny obiad i ciastka. :)
Wąwóz Vikos to zupełnie inne spojrzenie na Grecję, jaką znamy. To piękne góry i kanion najgłębszy w Europie (liczy kilkanaście km długości oraz 900 m wysokości, jest szeroki na 1100 m). Dojeżdża się tam malowniczą, krętą drogą i tą samą trzeba stamtąd wrócić, gdyż kończy się ona w miejscowości Vikos. Sam widok na kanion rewelacyjny. W wiosce znajdowały się dwie klimatyczne knajpki i bardzo sympatyczni ludzie. W centralnej części miejscowości stoi mały kościół i plac z kranem z wodą. Miejscowi polecili nam postawić na nim namiot i tak też zrobiliśmy. Początkowo planowaliśmy tylko zobaczyć kanion z punktu widokowego, ale Marek wypatrzył w dole piękną XVIII-wieczną kaplicę i mimo później pory (godz. 18) postanowiliśmy ją odwiedzić. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że czeka nas wędrówka po kamieniach ostro w dół na samo dno kanionu (około 300 metrów przewyższenia)! Nawet nie braliśmy ze sobą plecaka z żywnością i szliśmy na lekko. Po drodze żadnych turystów. Dzieci były naprawdę dzielne! Doszliśmy do samej rzeki, która była krystalicznie czysta i bardzo zimna, ale smakowała wybornie! Do samochodu wróciliśmy około 21. Dzieci w oddali wypatrzyły mały plac zabaw i pognały tam tak szybko, jakby w ogóle zapomniały o wizycie w wąwozie... To jest dopiero życiowa energia! My zaś szybko rozbiliśmy namiot. Padliśmy wszyscy jak kawki. Niedaleko w kamperze spało sympatyczne, starsze małżeństwo z Czech.

Drogi północnej Grecji przypominają te zapamiętane z Gruzji. Już w Albanii. Ruiny starożytnego miasta Butrint koło Ksamilu.

10-20.06.2018r.   Albania.

Następnego dnia rano, po tygodniu spędzonym w Grecji, przekroczyliśmy granicę z Albanią. Tam, na samym południu, zwiedziliśmy ruiny nadmorskiego starożytnego miasta Butrint (pełno tam było dzikich żółwi) oraz Syri i Kalter, czyli Niebieskie Oko. Było to okrągłe jeziorko o głębokości 50m, z którego wypływała pionowo do góry woda. Śmiałkowie organizowali tam dzikie skoki wprost w sam środek źródła. Wyglądało to strasznie...
Od Butrint przejechaliśmy całym zachodnim wybrzeżem Morza Jońskiego (Ksamil, Saranda, Himara, Vlora), a następnie Adriatyckiego. Za każdym razem rozbijaliśmy się na plaży. Miejsca były różnorodne: piasek, kamienie, pod bambusami albo pod drzewem eukaliptusowym. Raz, gdy spaliśmy na plaży niedaleko Zvertec, przyszedł do nas lokalny rybak, dał 4 butelki naturalnych soków i worek brzoskwiń. Zobaczyliśmy też inne starożytne miasto – Apolloni, a w Durres ruiny fortyfikacji rzymskiej. Za Durres rozbiliśmy namiot nad Adriatykiem, a wieczorem na plażę zawitało dwóch Albańczyków – dziadek z wnukiem i zaprosili Marka na rakiję. Po piasku chodziło dużo krabów i dzieci miały zabawę.

Ksamil to prawdziwie Polskie miasto. Powiększ zdjęcie żeby zobaczyć baner przy restauracji.
Niedaleko od Ksamilu jest "półwysep pająków". Tam właśnie nocowaliśmy.
Jedziemy wzdłuż wybrzeża i wspinamy się na przełęcz Llogara.
Czasami przez albańskie dzikie plaże przechodzą stada kóz, owiec albo nawet świń.
Wybrzeże w okolicy Zvernec.
Zobaczymy, czy dzieci będą chciały jeść cukinie na odrugie śniadanie.
Wieczorna sceneria na plaży zwykle rekompensuje niesmak spowodowany zaśmieconym otoczeniem.


Durres. Duże portowe miasto ze śmierdzącą miejską plażą u wylotu wielkiej rury kanalizacyjnej.
Nocowaliśmy na północ od Durres, w okolicy Rrushkull, gdzie na bardzo zaśmieconej plaży znaleźliśmy pozostałości dawnej restauracji nadmorskiej.
Próbujemy miejscowego napitku.
Plac Skanderbega w Tiranie.

W końcu przyszedł czas na Tiranę – stolicę Albanii. Chcieliśmy poczuć klimat miasta, więc pierwszy raz na tym wyjeździe zarezerwowaliśmy noc w hostelu, który pomogła nam znaleźć internetowo koleżanka Magda. Hostel okazał się fantastyczny – miły właściciel Ferdynand, doskonała lokalizacja w samym centrum, a do tego „pokój” w stylu apartamentu z osobnym wejściem, dwoma pokojami, kuchnią i łazienką. A wszystko w cenie 26 euro! Miło było się wykąpać po 10 dniach niemycia, a do tego skorzystaliśmy z usług pobliskiej pralni i wypraliśmy wszystkie nasze brudy za jedyne 13zł. W mieście poza oczywistymi zabytkami (Plac Skanderbega, Wieża zegarowa, meczet Ethem Beja, ulica Murat Toptani, szklana piramida Hodży, katedra prawosławna i katedra katolicka) zwiedziliśmy bardzo ciekawe Muzeum Historyczne, gdzie podczas trzypiętrowej wystawy nauczyliśmy się sporo o dziejach Albańczyków, a także bunkier Art 2 – bardzo interesujące miejsce, a zarazem przerażające, gdzie wyczuwalny jest reżim komunistyczny, jaki panował w Albanii. W ogóle Albania cała pokryta jest bunkrami, można je spotkać w lesie, na wioskach, na plażach...

Zaparkowaliśmy tuż przy wejściu do naszego hostelu, 200m w linii prostej od placu Skanderbega.
Szklana (a w zasadzie betonowa) piramida w centrum Tirany.
Na ulicach Tirany można spotkać żółwia.
W muzeum Bunk-Art 2 można poczuć ducha epoki.

Po wizycie w stolicy wybraliśmy się nad Jezioro Szkoderskie i do miasta Szkodry. Samo miasto jest naprawdę piękne. Zachwyciła mnie ogólna tolerancja – na jednym zdjęciu uchwyciliśmy trzy świątynie w jednym miejscu – meczet, kościół katolicki i cerkiew prawosławna. Nikomu to nie przeszkadza, że ludzie różnią się wyznaniami. Mimo pięknego widoku na jezioro, zdecydowaliśmy się rozbić namiot 20km dalej, nad morzem. Przerażała nas wizja wszechobecnych komarów nad słodką wodą. W nocy przyszła burza... Wiatr był tak ogromny, że uginały się maszty namiotu i mimo szczelnie zamkniętego namiotu rano obudziliśmy się cali w piasku... A dopiero co wykąpaliśmy się dzień wcześniej w hostelu, ech. :) Rano podczas pakowania materac, na którym spaliśmy został porwany przez wiatr i zanim do niego dobiegłam, wpadł częściowo do morza. Na szczęście szybko wysechł. Za to plaża była niesamowita! Taka ogromna, szeroka i całkowicie bezludna! Anastazja uzbierała całe pudło dużych brązowych muszli, którymi chce ozdobić drewnianą skrzynkę w Polsce.

Na twierdzy Rozafa w Szkodrze.
Jedziemy na plażę za wieś Baks-Rrjolle.
Na plaży przywitała nas wietrzna pogoda.

Nie uwierzę, że taki sprzęt "wyrzuciło morze". (w ten sposób miejscowi zawsze tłumaczą obecność śmieci na plażach)
Plaża za Baks-Rrjolle jest szeroka na 300 metrów.

Po spakowaniu się opuściliśmy morze i ruszyliśmy w Góry Północnoalbańskie, do Doliny Theth.
Góry te to najwyższe wypiętrzenie całego łańcucha ciągnącego się wzdłuż Adriatyku. Pasmo ma wysokogórski charakter i jest niezwykłej urody. Najwyższym szczytem jest Maja e Jezerces (2694 m n.p.m.). Góry zbudowane są ze skał wapiennych, stanowią największy obszar krasowy w Europie. Powstały tutaj Park Narodowy Thethit jest cudowny, aczkolwiek ciężko dostępny ze względu na fatalny stan dróg. Żeby dojechać do Theth trzeba być fascynatem, bo niektóre odcinki drogi pozostawiają wiele do życzenia. Początkowo jest dobrze, od Szkodry do miejscowości Boge droga jest wyasfaltowana. Oglądać można pierwsze majestatyczne szczyty. Pojazd zaczyna się wspinać na przełęcz Qafe de Thores na wysokość ok 1800 m. n. p. m. Trasa jest kręta, ale mniej więcej do szczytu przełęczy wyasfaltowana. Później asfalt się kończy, kamienie strzelają groźnie pod kołami. Jest malowniczo, ale jedzie się dość blisko krawędzi przepaści. Po kilku kilometrach od szczytu przełęczy wjeżdża się w las, a potem przy samym wjeździe do doliny znów trzeba pokonać stromy odcinek w dół, na którym nasze hamulce się gotują... Za to widok na wieś Theth jest bajkowy!

Wodospad Grunas.

Miejscowość Theth jest obecnie dość komercyjna. Z drugiej strony Theth sprawia wrażenie miejsca uwięzionego wśród gór. Trochę jakby czas się zatrzymał – prawie wszystkie budowle są utrzymane w charakterystycznym stylu szarych kamiennych domów pokrytych gontem. Leży w dolinie liczacej 8km długości i około 0,5-1km szerokości na wysokości 700mnpm.
Po dotarciu do Theth nie traciliśmy czasu i mimo mżawki od razu ruszyliśmy na szlak. Wybraliśmy na początek krótki czerwony szlak wiodący obok kościółka, następnie starego młyna, wieży odosobnienia „kulla e Ngujimit” (gdzie chronili się ścigani przez krwawą zemstę rodową), do początku wąwozu Grunas. Dotarliśmy do pięknego 25m wodospadu Grunas. Było chłodno (18C) i całą drogę kropił lekko deszcz. Wieczorem rozbiliśmy namiot w wiosce niedaleko kościółka na trawie.

Nasz nocleg w Theth.
Mamy offroadowy poranek.
Górskimi drogami podjechaliśmy bliżej szlaku na przełęcz Pejes. Napędy z Pajero dobrze się do tego nadają.
Na przełęczy Pejes.

Następny dzień był chłodny (11C) i dość ciężki – od rana do późnego popołudnia przemierzaliśmy szlak na przełęcz Qafe de Pejes 1705mnpm, skąd rozpościerał się widok na górskie jeziorko. Czekało nas ponad 700m przewyższenia. Gabrysia u Marka w nosidle, starsze dzieci musiały dać radę na nogach. Zanim dotarliśmy na szlak, mieliśmy problemy z autem, które zawisło na wielkim kamieniu podczas przejeżdżania rzeki. Na szczęście w ciągu kilku minut zjawili się przypadkiem lokalni Albańczycy terenowym samochodem i po kilku próbach udało się wyciągnąć auto na linie. Dwa razy jechali do Theth pożyczać linę, bo dwie pękły, dopiero trzecia dała radę. Ufff..

Kolejny nocleg w Górach Północnoalbanskich.
Już gdzieś robilem takie zdjęcie... Aaaa, to było w Gruzji.
Opuszczamy góry.
Jeszcze ostatnie spojrzenie na Góry Północnoalbańskie. W środku kadru widoczna zdobyta przez naszą rodzinę przełęcz Pejes.

W połowie podejścia pogoda się popsuła, zaczął padać deszcz. Trasa wiodła stromo w górę po kamieniach. Turystów było niewiele – małżeństwo Albańczyków, 4 turystów z różnych części Europy i na koniec nasza pomoc – 4 dość młodych Anglików, z którymi spędziliśmy czas na przełęczy i którzy potem pomogli nam nieść Karola na rękach! :P Synek, mimo że dzielnie wchodził, bardzo bał się zejścia. Widok przepaści i wielkich kamieni bardzo go przerażał. Ma dopiero 3,5lat. Po kilku godzinach udało się dojść do auta, a wieczór spędziliśmy nad potokiem, gdzie dzieci nagle odzyskały siły i jakby niby nic biegały w najlepsze, budując „most” z kamieni na rzeczce...

Trzeci dzień w Dolinie Theth przeznaczyliśmy na lekki trekking od przysiółka Nderlysa nad rozlewiskiem Czarnej Rzeki do pięknego jeziorka Blue Eye. W drodze powrotnej znowu spotkaliśmy naszych Anglików, a później małżeństwo albańskie, które podwieźliśmy kilkanaście kilometrów do ich pensjonatu.

W Szkodrze na jednym kadrze można ująć cerkiew, kościół katolicki i meczet.
Most Mesit.
Wieś Koman.
Daliśmy się zaprosić na poczęstunek i rakiję domowej roboty. Malownicze jezioro Komani.

Wieczorem opuściliśmy dolinę Theth, docierając w okolicę Jeziora Szkoderskiego za miasteczko Koplik. Z racji późnej pory musieliśmy rozbić namiot już po ciemku … na pastwiskach! W dali słychać było wycie szakali. Rano odwiedziła nas kobieta mieszkająca w niedalekim domu z dwoma chłopcami i stadem kóz. Była bardzo bezpośrednia i bez pytania wyciągnęła Gabrysię z namiotu, bawiąc ją na rękach. Zaprosiła nas na kawę, więc po spakowaniu się skorzystaliśmy z gościny. Poza kawą parzoną po turecku, dostaliśmy naturalne arbuzy i worek gruszek. Następne dwie godziny spędziliśmy na zwiedzaniu miasta Szkodry i ruszyliśmy do Koman – małej miejscowości w górach nad jeziorem o tej samej nazwie. Droga samochodowa w tej wiosce się kończy, trzeba więc dalej przeprawić się promem (ok. 3godziny) pięknym kanionem do miejscowości Fierze. W Koman postanowiliśmy skorzystać z kempingu (10 euro za naszą piątkę) i spaliśmy w namiocie pod drzewkiem-krzewem pełnym kiwi. :) Nie obyło się bez przygód, bo podczas wieczornego spaceru po wsi zostaliśmy zaproszeni przez starsze małżeństwo na kolację. Było tam jak u Pana Boga za piecem – własne warzywa, sery, jajka, rakija i pyszna kawa. :) Dzieci bawiły się z małymi kurczaczkami i kaczuszkami. Na kempingu zaś poznaliśmy Gabi i Alka – sympatyczne małżeństwo z Wodzisławia Śląskiego, z którym spędziliśmy część wieczoru i całą przeprawę promem. W czasie pobytu na statku zdarzył się mały wypadek – Karol tak machał ręką, że zrzucił okulary korekcyjne Marka prosto do wody, a te od razu poszły na dno... Marek był trochę zdenerwowany, bo bez nich jak bez ręki, ale po dwóch dniach udało się załatwić nowe w Macedonii, bardzo szybko i tanio. :)

Ten prom już chyba nigdzie nie popłynie.
W gościnie u rodziny z Klos.
Nocujemy w tym oto gospodarstwie.

Po wyjeździe z portu w Fierze czas minął nam na jeździe w stronę Macedonii. O godzinie 19 dotarliśmy do miasta Klos na wiejskie nadrzeczne tereny. Staraliśmy się znaleźć miejsce na nocleg, ale nigdzie nie było nic sensownego. Przypadkiem trafiliśmy na gospodarstwo, gdzie starszy pan z jego 16letnim synem zaproponowali, że możemy postawić namiot u nich w ogrodzie. Z racji później pory tak zrobiliśmy. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, z jakimi gościnnymi ludźmi mamy do czynienia! Zaraz pobiegli zabić koguta na kolację. Mieli też krowy, drób i wielki ogród pełen pysznych warzyw. Uprawiali kukurydzę i piekli z niej chleb. Przyrządzili nam pyszną kolację i śniadanie, a następnego dnia zapełnili nasze menażki jedzeniem tak, że cały dzień nie musieliśmy się martwić o żywienie. Najlepiej wspominam chleb i pyszny posiłek z jajek i sera w formie jakby jajecznicy. Starsze małżeństwo oprócz syna, miało trzy córki. Dwie z nich mieszkają wciąż z rodzicami, mamy ze sobą kontakt. :)
Po pożegnaniu się z gospodarzami, po półtoragodzinnej jeździe i 10dniowym pobycie w Albanii przekroczyliśmy granicę z Macedonią.

Ochryda - cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo.
Ochryda - zwiedzamy stare miasto.
Ochryda raz jeszcze.

Ramadan

Przed wyjazdem do Albanii trochę się martwiłam, jak będzie wyglądać nasza dieta. Dzieci mają alergię na mleko i jajka, a do tego trwał Ramadan od 16 maja do 14 czerwca, więc bary i restauracje powinny być zamknięte. Jedziemy przecież do raczej muzułmańskiego kraju. Po przyjeździe okazało się, że kobiety nie chodzą w hidżabach, a meczety świecą pustkami. Zawsze mogliśmy liczyć na pyszne burki (rodzaj nadziewanego placka mięsem, serem bądź np.szpinakiem), sałatki itp. Byliśmy też nastawieni na samodzielne gotowanie (butla z gazem, termos obiadowy), czasem smażyliśmy kotlety z cukini, robiliśmy makaron z sosem, a prawie każdego ranka była owsianka, kasza jaglana i kawa zbożowa. :)

Albańczycy

To bardzo sympatyczny naród. Mimo że państwo albańskie istnieje dopiero 100lat, ich korzenie sięgają czasów ok. tysiąc lat przed Chrystusem (plemiona iliryjskie). Zabytki kraju to ruiny iliryjskich twierdz, greckie i rzymskie amfiteatry, wczesnochrześcijańskie kościoły, średniowieczne zamki i tureckie twierdze. Ludzie są bardzo życzliwi, wychowani są w kulturze tolerancji dla inności. Chociaż większość to muzułmanie, bliżej im do narodów bałkańskich niż arabskich. Kochają dzieci i widać to na każdym kroku. Nasze dzieci, te starsze jak i to najmłodsze, cieszyły się dużym wzięciem, gdziekolwiek się pojawialiśmy.
Geograficznie Albania to piękne góry, jaskinie, wodospady, plaże i laguny. Średnia wysokość kraju to 708mnpm. Drogi są w większości górskie, pełne zakrętów i serpentyn, przez co jeździ się bardzo wolno... Drogę przechodzą żółwie, wszędzie pełno jaszczurek, nawet takich większych, w krzakach czają się duże pająki z grubymi odwłokami i węże. Niestety pełno tu much i komarów. Takiej ilości nie wiedziałam nigdzie indziej w Europie. Egzystowanie z nimi jest bardzo uciążliwe, zwłaszcza po zachodzie słońca.

Obozujemy niedaleko klasztoru św. Nauma na południu jeziora ochrydzkiego. a innym razem śpimy na północnym brzegu, między Ochrydą a Strugą.

20-24.06.2018r.   Macedonia.

W Macedonii spędziliśmy pięć dni przejeżdżając zachodnią ścianę kraju od południa po samą północ. Wcześniej bardzo chciałam tutaj przyjechać, ale okazała się mniej atrakcyjna niż jej sąsiadka Albania. Macedonia przyciąga mało turystów, pewnie dlatego, że nie ma dostępu do morza, przez co dużo traci, i jest najbardziej peryferyjnie położona ze wszystkich krajów byłej Jugosławii. Dużym atutem tego kraju są za to piękne jeziora śródgórskie. Największa atrakcja, słynne Jezioro Ochrydzkie jest wpisane na listę UNESCO. Mało kto wie, że jest to najstarszy śródlądowy zbiornik wodny w Europie i jeden z najstarszych na świecie (po Bajkale, Titicaca, Jeziorze Wiktorii i Malawi). Powstało kilka mln lat temu w wyniku ruchów tektonicznych Ziemi. Jest bardzo czyste i przejrzyste, a w nim można znaleźć wiele gatunków ryb żyjących tylko na tym terenie. Z ości jednej z nich (plahnicy) wytwarza się ochrydzkie perły.
Prawdziwy skarb tego kraju stanowią też piękne średniowieczne monastyry wzniesione w górach, pełne malowideł ściennych i ikon.

Podczas pobytu w Macedonii miło spędziliśmy czas w malowniczym miasteczku Ochrydzie, zwiedzając teatr rzymski, stare monastyry, fortyfikacje oraz kupując zawieszki ze słynnych ochrydzkich pereł. Następnie 30km za Ochrydą, na samym południu i granicy z Albanią odwiedziliśmy przypadkiem grób wielkiego świętego prawosławnego – św. Nauma i monastyr. Tam dzieci otrzymały od lokalnego duchownego drewniane krzyżyki na rzemyku. Noc spędziliśmy nad samym jeziorem na dziko w międzynarodowym towarzystwie :D : para rowerzystów z Australii i Nowej Zelandii, Bułgarzy, Rumuni i Włosi. W nocy szalała burza...
Cały kolejny dzień spędziliśmy również w okolicach Ochrydy – zwiedzając miasto i niedaleką osadę na wodzie. Bardzo podobał mi się lokalny bazar. Warzywa i owoce były tak tanie, że stanowiły podstawę naszych śniadań i kolacji (papryki, pomidory, ogórki, cukinie, czereśnie, brzoskwinie itp.). Wszystko pyszne i świeże.

Tetowo - muzułmański klasztor Derwiszów.
Malowany meczet w Tetowie.
Kościółek św. Mikołaja nad elektrownią wodną Matka I.
Muzułmańska dzielnica Czarszija w Skopje. Trzy symbole ważne dla Macedonii spotkały się na jednym ujęciu. W Skopje, obok Albańczyków, bardzo liczni są też Turcy.

Po opuszczeniu ochrydzkiego rejonu, zobaczyliśmy jezioro Mamrowo, a dalej na północ miasto Tietowo. W mieście tym poza pięknym Malowanym Meczetem i Hammamem, jest stary klasztor muzułmańskich zakonników - derwiszów, gdzie znajduje się grób szwagra słynnego Sulejmana Wspaniałego. Mieliśmy szczęście, byliśmy tam sami, a akurat ze swojej celi wyszedł stary derwisz. Porozmawiał z nami, poczęstował śliwkami i chętnie pozował do zdjęć z naszymi dziećmi.
Wieczorem tego dnia dotarliśmy do Kanionu Matka, położonego kilka kilometrów na południe od stolicy – Skopje. Po krótkim spacerze kanionem zwiedziliśmy XIV-wieczną cerkiew św. Andrzeja i poznaliśmy lokalnych chłopaków, którzy prowadzili swój biznes – spływ łódkami kanionem – i mówili dobrze po polsku. :) Umówiliśmy się z nimi na drugi dzień na spływ łódką.
Namiot rozbiliśmy w wiosce Dolni Matka niedaleko wąwozu, ale z racji małej przestrzeni ciężko było znaleźć dobre miejsce. Ostatecznie namiot stanął na polu uprawnym stojącym odłogiem, a pan z sąsiedniego ogródka bardzo przejął się naszą sytuacją – zaczął wyciągać i układać pod naszym namiotem stare panele podłogowe z demobilu, a następnie młotkiem wbijać szpilki. Wieczorem pojechał do swojego domu, a my zostaliśmy sami.
Rankiem stawiliśmy się w kanionie Matka. Najpierw, korzystając z chłodnej aury, postanowiliśmy ruszyć od lustra wody jeziora Matka stromo do góry do monastyru św. Mikołaja. W tym celu nasi „znajomi” musieli przeprawić nas łódką, a gdy zeszliśmy z powrotem, na brzegu znajdował się metalowy młot z tarczą do sygnalizowania, że czekamy na nich z powrotem.
Po hikingu wraz z grupą z Australii spłynęliśmy łodzią kanionem Matka do jaskini Vrelo. Miało być pięknie, i było, ale wewnątrz kłębiło się całe stado nietoperzy, a w powietrzu unosił się zapach ich odchodów. Zresztą całe podłoże jaskini usłane było ich kupami. Na domiar złego Karol poślizgnął się i wylądował jedną ręką w tym paskudztwie. Fuj...
Ostatnie dwa dni spędziliśmy w stolicy Macedonii – w Skopje. Miasto zrobiło na mnie wrażenie – wielkie pomniki, budynki z jasnego kamienia, sympatyczni ludzie. Najbardziej spodobała mi się muzułmańska dzielnica miasta – wielki bazar, meczety, twierdza. Zatrzymaliśmy się na turecką kawę, a Turcy z sąsiedniego stolika zamówili dla nas prezent – pyszny deser naleśnikowy z owocami i czekoladą. Gabrysia miała wśród nich niezłe powodzenie. :)
Noc spaliśmy w hostelu, niestety dość daleko od centrum, a kolejnego dnia rano uczestniczyliśmy we mszy świętej po macedońsku w katedrze katolickiej. W mieście znajduje się też warty zobaczenia dom ku pamięci Matki Teresy z Kalkuty, która urodziła się w Skopje.
Popołudniem ruszyliśmy już do Polski. Przed nami było 1300 km, które udało się pokonać w dwa dni, spędzając noc na polu na Węgrzech, tuż za granicą z Serbią.

Dzieci

Ogólnie humory im dopisywały. Ulegały naszym pomysłom i jak trzeba było iść w góry, to dzielnie szły, jak nie było na czas obiadu, to czekały. Jednak gdy miewały chwile obniżonego nastroju, były płaczliwe. Po naszym synku Karolu było widać to od razu. W momentach smutku jego tematem przewodnim był zostawiony w Pokrzywnej dziecięcy parasol. Naprawdę nie wiem, dlaczego akurat czepił się tego parasola, ale zaczynało się to wtedy mniej więcej tak: „Mamo, dasz mi moją parasolkę, gdy przyjedziemy do domu? Czemu jej nie wzięłaś na wyprawę? Żeby mi to było ostatni raz!”. Wtedy wiedziałam, że jest zmęczony albo bardzo głodny.
Po powrocie do domu, o godzinie 6:30 przychodzi Karol i pyta: „Mamo, dasz mi moją parasolkę??”. Taki pamiętliwy!
Podobało mi się, że dzieci do wielu spraw podchodziły naturalnie. Nie dziwiły ich odmienne stroje, dziwny język, były otwarte na ludzi.
Najgrzeczniejsza była Gabrysia. Nigdy nie robiła awantury. Było jej obojętne, czy śpi w namiocie, wózku czy nosidle. Chętnie dawała się brać na ręce obcym ludziom. Bardzo lubiła też wycieczki w nosidle w góry. Znosiła dobrze upały, jak i górski zimny deszcz. Ot, ugodowe dziecko!

Namiot

Część znajomych pyta nas, jak przeżyliśmy wspólne spanie w namiocie.
Otóż nie było wcale tak źle. :) Nasz namiot ma około 2m x 2m, więc spaliśmy najczęściej tak, że dzieci miały głowy po jednej stronie namiotu, a ja z Markiem spaliśmy przeciwlegle. Nastka często drapie się w nocy, Karol chrapie, a przy zasypianiu głośno gada i wierci się, Gabrysia zaś budzi się na karmienia, po czym zaczyna dzień około 6-6:30. Idealnie nie było, ale radziliśmy sobie i chodziliśmy w miarę wyspani. Dzieciom za to bardzo się podobało. :)

Nasza trasa.

Powrót

Zawsze lubiłam powroty do domu. Cieszyła mnie myśl, że niedługo zobaczę ogród, wezmę ciepły prysznic i wyśpię się na miękkim łóżku. Ale tym razem było inaczej. Wcale mnie się nie spieszyło do Polski. Bardzo odpowiadał mi bałkański klimat i styl życia. Do tego urlop macierzyński, mało obowiązków zawodowych, więc po co się spieszyć? Na wyprawie jesteśmy wszyscy razem 24h/dobę, dzieci są szczęśliwe. Za to po powrocie do Polski czekało nas miłe powitanie – stęsknieni sąsiedzi zaczęli się martwić, że tak długo nas nie ma. Sąsiadka Pani Ela przyszła z ciepłą zupą, wioskowymi jajkami i warzywami, a do tego zaoferowała, że chętnie wyplewi nam ogródek. Takie wspaniałe mamy sąsiedztwo! :)

Jeśli uważasz, że nasze relacje są interesujące lub wniosły coś do Twojego życia, to postaw nam proszę wirtualną "małą czarną".

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wciąż można zaopatrzyć się w książkę "Namiot był naszym domem". Zapraszamy.



KONIEC