Estonia - wakacje w szuwarach

sierpień 2019

tekst czarny: Marek

tekst niebieski: Agnieszka


Tym razem przygotowania zaczęliśmy dość wcześnie. Już miesiąc przed wyjazdem wytypowaliśmy kierunek: kraje bałtyckie z naciskiem na Estonię.
Nasze auto wyprawowe też uczestniczyło w przygotowaniach. Razem z Agniesią zrobiliśmy porządną konserwację podwozia: czyszczenie drucianymi szczotkami, środek wiążący rdzę, podkład epoksydowy i baranek od APP (w nakładaniu chemii pomogli nam lakiernicy z warsztatu teścia). Naprawiłem też automatyczną skrzynię biegów, jako że wcześniej Delicja ruszała z trójki. Do wymiany były dwa elektrozaworki. Przy okazji skrzynia dostała nowy olej. Na koniec wziąłem się za uszczelnianie klimatyzacji i wygląda na to, że tym razem czynnik nie uchodzi. Przed samym wyjazdem przyciemniliśmy szyby, żeby zmniejszyć efekt szklarniowy i uchronić wnętrze od wścibskich oczu postronnych zaglądaczy. Acha, dołożyłem jeszcze snorka, tak więc teraz Delicja stała się prawie rasową terenówką, której nie straszne będą morskie przeprawy.

No to w drogę.

Ostatnio zainteresowały nas podróże off-roadowe. Chcieliśmy się wybrać naszą Delicą 4x4 na wakacje w miarę niedaleko, żeby nie umęczyć dzieci długą jazdą i nie zbankrutować (jest paliwożerna), a mimo wszystko znaleźć dzikie miejsca. Wybór padł na północny wschód. Marek prześledził mapy google i odkrył świetny cel – wyspy estońskie. Obrazy satelitarne wskazywały, że są tam totalne odludzia, gdzie można poczuć się jak Robinson Cruzoe. Widoki z lotu ptaka były przepiękne. Postanowiliśmy więc zainwestować w drona, żeby w czasie wakacji uczyć się latać, robić ciekawe zdjęcia i kręcić filmy rodem z National Geographic.
Noc przed odjazdem prognoza pogody nie napawała nas optymizmem – cały tydzień miało padać. Zrodził się szybki plan, żeby zmienić kierunek o 180 stopni i pojechać do Rumunii, gdzie zapowiadano pełne słońce i 30°C. Ostatecznie jednak wygrała Estonia. Z podniesionym czołem postanowiliśmy zmierzyć się z zimnym klimatem.

Gabrysia pilnuje obiadku. Gdzieś na postoju na Litwie.
Przed wyjazdem wymontowaliśmy jeden fotel, dzięki czemu w środku zrobiło się dużo przestronniej.
Pierwsza plaża podczas naszych wakacji. Carnikava na Łotwie.
Pogoda jednak się utrzymała.

11.08
W drodze na północ natrafiliśmy przypadkiem na rezerwat przyrody położony przy Suwałkach - Cmentarzysko Jaćwingów, gdzie wśród lasu ukryte są kurhany usypywane od II do V wieku n.e. przez lud bałtyjski Jaćwingów. Tam zorganizowaliśmy sobie solidne śniadanie. Późnym popołudniem dotarliśmy w okolice Rygi, do nadmorskiej miejscowości Carnikava. Darowaliśmy sobie zwiedzanie miast Litwy i Łotwy, zostawiając to na drogę powrotną. Carnikava była strzałem w dziesiątkę. Słońce, ciepło, szeroka i mało zaludniona plaża z piaskiem. Rozbiliśmy nasz namiot za wydmą kilkadziesiąt metrów od morza. Była godzina dziewiętnasta, ale mimo to znalazł się „uprzejmy” pan, któremu nie spodobało się, że rozkładamy się na dziko. Litwa, Łotwa i Estonia należą do państw, gdzie dziki kemping jest dozwolony, dlatego wysłuchaliśmy grzecznie rady, a i tak zrobiliśmy swoje.

Palnik kupiony w Azerbejdżanie wciąż dobrze się spisuje.

12.08
Rano o 7 zwinęliśmy namiot, nie zostawiając po sobie śladu. Auto przeparkowaliśmy koło domu miłej Rosjanki, która podarowała nam 5 litrów wody i użyczyła lodówki na naszą żywność. Ten dzień prawie cały spędziliśmy na plaży. Każdy wie, jak dzieci świetnie się bawią w piasku i jak dobrze można wtedy odpocząć. Późnym popołudniem przegonił nas deszcz. Chmury zaciągnęły i padało całą podróż na północ do Estonii, czyli aż do wieczora. Na szczęście pogoda była na tyle łaskawa, że udało nam się rozbić namiot nad morzem w Estonii i nie zmoknąć. Pierwsze dwa dni byliśmy obłożeni jedzeniem od babci z Wielunia i miałam wolne od gotowania. Jako miejsce noclegowe wybraliśmy ogromną, pustą plażę w Vargelannie koło Parnawy. Był chłodny wieczór, ale ubraliśmy kurtki i ruszyliśmy na spacer wzdłuż brzegu morza, zbierając muszelki i kilka małych bursztynów. Muszę przyznać, że Anastazja była specjalistką w wynajdywaniu tych skarbów.

Za wydmą koło Parnawy.
Zachód Słońca.
Tak plażujemy.
Pusta estońska plaża - na horyzoncie Parnawa.
Starszaki dobrze się dogadują (przynajmniej czasami).
Pastwisko na Muhu.

13.08
Noc była chłodna (10-12°C), ale bez deszczu. Koło namiotu chodziło jakieś zwierzę, zapewne szukało jedzenia. Przed południem niespiesznie się zebraliśmy i pojechaliśmy do Virtsu, skąd odpływają promy na wyspę Muhu (około 10 kursów na dobę). Rejs przez cieśninę Muhu Vain trwał pół godziny i był całkiem tani (3 euro za dorosłego, 8 euro za samochód). Podczas przeprawy trzeba być zwartym i gotowym. Na sygnał dzwonka trzeba szybko wrócić do auta i opuścić prom. Nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, a właśnie w momencie dobijania do portu Karolek stwierdził, że musi się pilnie wysikać. Oczywiście nie zdążyłam z nim do auta i musieliśmy się potem szukać w porcie.
Wyspa Muhu jest trzecią pod względem wielkościi wyspą Estonii. Z największą wyspą Saremą połączona jest wałem ziemnym. Muhu zaskoczyła mnie swoim małym zaludnieniem i dużym zalesieniem. Domki mieszkańców ukryte są w borach sosnowych, daleko od dróg. Nie ma wodociągów, każdy ma swoją studnię.

Przejeżdżamy przez morze.

Przejechaliśmy wyspę od wschodu na zachód, gdzie znajduje się inna mała wysepka – Koinatsu. Okazało się, że do tego miejsca można dostać się terenówką, jadąc po morzu, o ile poziom wody na to pozwala. Mieliśmy szczęście, woda sięgała do kolan. Nasza Delica poradziła sobie świetnie. Z lekkim dreszczem emocji wjechaliśmy w morze, licząc że bród okaże się łaskawy i nie zboczymy z mielizny. Udało się. :) W czasie, kiedy Marek prowadził samochód, ja zajmowałam się sterowaniem dronem. W połowie drogi wyszliśmy z auta, woda była przyjemnie ciepła, pływały wodorosty i małe meduzy. Na Koinatsu było 11 mieszkańców, okazało się potem, że ta informacja pochodzi jednak jeszcze sprzed wojny. Obecnie na wyspie nikt nie mieszka, a poinformowała nas o tym czwórka starszych Estończyków, którzy przypłynęli tutaj łódką z Muhu na chwilę relaksu. Zdziwili się, widząc nas i nasz samochód, twierdząc że mieliśmy dużo szczęścia, że nie zboczyliśmy z drogi i nie zatopiliśmy auta. Upsss...

W czasie, gdy my z Gabrysią gotujemy obiad, starszaki grają w kamyki.

Wyspa bardzo nam się spodobała. Przy jednej opuszczonej drewnianej chacie zajęliśmy się obiadem – gotowaniem ziemniaków i smażeniem filetów z kurczaka. Jak to dobrze mieć dużą butlę z gazem. :) Ciekawostką jest, że nie ma tutaj grama asfaltu. Wieczorem wróciliśmy na wyspę Muhu tą samą drogą morską i rozbiliśmy namiot nad brzegiem morza wśród traw.

Wracamy na Muhu.
Tutaj też wycinka idzie w najlepsze.
Nasz typowy szuwarowy nocleg.
Karolek wywiązuje się z prac obozowych.
Typowe estońskie wybrzeże. Tysiące dzikich wysp stwarzaja idealne warunki biwakowe.
Na zamku w Kuressaare.
Replika estońskiego młyna wiatrowego na zamku w Kuressaare.

14.08
Byliśmy bardzo wdzięczni, bo mimo złych prognoz pogody (zapowiadano cały tydzień deszczy w Estonii), było słonecznie i w miarę ciepło. Rano termometr w samochodzie pokazał 10 stopni C. Jedynie dzieci wstawały bardzo wcześnie, zazwyczaj po szóstej.
Około dziesiątej pojechaliśmy wałem ziemnym na największą wyspę Estonii – Saremę. Po drodze w lesie spotkaliśmy łosia, a właściwie panią łosiową. Z pobytu na Alasce zapamiętałam te zwierzęta jako niebezpieczne i aroganckie, ale ten był płochliwy, chociaż trochę ciekawski. Stolicą wyspy jest 15-to tysięczne miasto Kuressaare położone nad Zatoką Ryską. Jest jednym z najbardziej znanych kurortów w Estonii. Miasteczko bardzo nam przypadło do gustu. Jak na kurort świeciło pustkami. W dużym markecie zrobiliśmy zakupy z gotową ciepłą garmażerką (mięsko, ziemniaczki, zapiekane warzywka) i poszliśmy zwiedzać zamek biskupi oraz starówkę, gdzie przy fontannie wypiliśmy kawę. Zamek biskupi powstawał od XIV wieku i stanowi najlepiej zachowaną fortecę państw nadbałtyckich.

Na południowym zachodzie wyspy znajduje się ciekawy trzydziestokilometrowy Półwysep Sorve. Jego punktem centralnym jest smukła latarnia morska, a miejsce to wspominamy jako wielkie wygwizdowo (wiało tak, jakby miało głowę urwać!). Na noc udało nam się znaleźć ładne miejsce przy plaży (a jakże!) na północ od półwyspu w miejscowości Keskranna.

Kolejny wiatrak.
Pochylona latarnia morska w Parku Vilsandi.
A tu kolejne miejsce noclegowe. Namiot rozbiliśmy za pierwszą linią drzew.

15.08
Kolejny dzień był jeszcze cieplejszy, więc do południa zostaliśmy na plaży. Dzieci się bawiły, a ja przygotowywałam obiad. W tym dniu postanowiliśmy zwiedzić Park Narodowy Vilsandi. Jest to nadmorski park o ciekawej linii brzegowej – od wybrzeża wydmowego z szerokimi plażami po wybrzeże klifowe i wybrzeże skaliste. Park bogaty jest w przybrzeżne jeziora powstałe przez zamknięcie zatok mierzejami. Spacer po parku to przede wszystkim wędrówka przez bory sosnowe, a także łąki i murawy wapienne (tzw. alvar). Po dotarciu do brzegu morza, plaża uniemożliwiła nam dalszą wspólną drogę z wózkiem, dlatego zrobiliśmy tutaj dłuższy postój. Został nam jeden kilometr do starej i krzywej latarni morskiej (budowanej sto lat temu na lądzie, obecnie zanurzonej w morzu), dlatego my dorośli rozdzieliliśmy się. Najpierw poszedł Marek, a po jego powrocie ja. Długość całej trasy to 9km, więc dzieci zrobiły 7km na własnych nogach przez las. Po powrocie ugotowaliśmy obiad i ruszyliśmy szukać fajnego miejsca noclegowego.

Blisko środka kadru można wypatrzyć nasze pociechy. Oprócz nas na plaży nikogo jak okiem sięgnąć.
W końcu udało się zrobić rodzinne zdjęcie.
Nasze miejsce noclegowe widziane z góry.
Odpoczywamy na plaży.

16.08
Poranek był chłodny (10°C) i pochmurny. Namiot stał nad samym morzem. Nie było deszczu, więc postanowiliśmy plażować i ogarnąć obiad. To miały być w końcu wakacje bez pośpiechu i z dużą ilością odpoczynku. Sarema jest wyspą pełną łąk (w sierpniu krajobraz tworzy suszące się siano), nie uprawiają tutaj zbóż, za to hodują krowy. Lasy zaś są całe fioletowe od wrzosów o tej porze roku. Cudowny widok. Wyspy w Estonii są bardzo mało zaludnione, a napotkani ludzie spokojni i mało otwarci. W jednym z miasteczek zobaczyłam na ulicy „niczyją” studnię, podeszłam więc i bez pytania chciałam się obsłużyć – nabrać wodę do naszego dużego zbiornika z kranem. Zauważył mnie młody chłopak, jak się okazało jeden z właścicieli tej studni. Bez zbędnych pytań poszedł do domu włączyć pompę i pomógł mi napełnić zbiornik.

Haapsalu z lotu ptaka.

Popołudniu wybraliśmy się w drogę powrotną na prom, by zwiedzić teraz kontynentalną część Estonii. Jednak zanim opuściliśmy wyspy na dobre, odwiedziliśmy miejscowość Angla z kilkoma wiatrakami (symbolem okręgu Sarema jest właśnie witarak). Na części kontynentalnej państwa dotarliśmy do sympatycznego 12-tysięcznego miasta Haapsalu - znanego uzdrowiska z portem morskim. Postawiliśmy namiot nad samym morzem 10km za miastem, w okolicach lasu, ale komary tak uprzykrzały cały wieczór, że zostawiliśmy obozowisko i pojechaliśmy zwiedzić miasto wolne od krwiożerczych owadów. Pierwszy postój zrobiliśmy przy drewnianym dworcu kolejowym z 1905 roku z zadaszonym peronem, uważanym za najdłuższy w Europie (216m). Znajduje się tutaj Estońskie Muzeum Kolei (lokomotywy i wagony z lat 40 i 50 XX w.)
Zanim zrobiło się całkiem późno, pospacerowaliśmy po zabytkowej średniowiecznej części miasta. Okazało się, że właśnie rozpoczęły się trzydniowe obchody 740 lecia miasta. Kolejny dzień zapowiadał się ciekawie.

Kolejny szuwarowy nocleg. To tutaj znaleźliśmy jabłonkę i smażyliśmy placki. Dzieci zebrały chrust i rozpaliły ognisko.

17.08
W sąsiedztwie naszego namiotu rosła jabłoń z pysznymi i dojrzałymi jabłkami. Rano wzięliśmy się za smażenie bezglutenowych placków jabłkowych. :) W południe zebraliśmy się do Haapsalu pełnego straganów i folkowej muzyki. Oglądaliśmy występy lokalnych grup tanecznych, dzieci były jak zahipnotyzowane. Były też atrakcje dla najmłodszych – mini zoo, bański mydlane, zabawy. W pobliskim parku znajduje się zamek biskupi, a obok niego katedra św. Jana z 1270r.
Póżnym popołudniem opuściliśmy Haapsalu, a na noc trafiliśmy po raz pierwszy na oficjalne miejsce biwakowe tzw. RMK. RMK są bezpłatne, a do tego jest kilka drewnianych budek-toalet. Nie ma tam tłumów, raptem kilka namiotów i kamperów. Myślę, że to dobre miejsce dla początkujących namiotowiczów. :) Obok nas w kamperze spała sympatyczna rodzina Rosjan z czwórką dzieci (dwie pary bliźniąt :). Nasze najmłodsze dziecko zapałało ogromną sympatią do trochę starszego Danielka i nawet nie było mowy, żeby odciągnąć ją od nich. Biegali razem cały wieczór i poranek, a nawet Gabrysia wprosiła się do nich na kolację. Rosjanie byli bardzo pomocni, bo okazało się, że nasz gaz się skończył i służyli nam kilka razy wrzątkiem. Anastazja i Karol rozpalili na plaży swoje pierwsze małe ognisko. Ale byli podekscytowani!

Talin - starówka.

18.08
Ciepła noc i ciepły poranek. Rano szybko się zebraliśmy, aby zdążyć na polską mszę w katedrze św. Piotra i Pawła w stolicy Estonii – Talinie. Stare Miasto ze średniowieczną zabudową wpisane na listę UNESCO robi wrażenie. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Górnego Miasta na wzgórzu Toompea. Znajduje się tam stary zamek, siedziba parlamentu, a także rozpościera się wspaniała panorama na miasto. Dolne Miasto leżące u stóp wzgórza jest pełne kamiennic z czerwonymi dachami, baszt i wież. Wokół znajduje się wiele zabytków sakralnych – Sobór Aleksandra Newskiego, luterańska katedra św. Marii Dziewicy i kilka kościołów. Na każdym rogu uliczek Starego Miasta można znaleźć sklepiki, gdzie sprzedawana jest biżuteria z bursztynami. Nie mogłam sobie odmówić i kupiłam srebrne kolczyki-słońca z okrągłymi bursztynami wewnątrz.
Będąc w Talinie, po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na rodzinny obiad w restauracji. Natrafiliśmy na bardzo sympatycze miejsce, gdzie dzieci były mile widziane, a jedzenie przepyszne. Marek zamówił tradycyjny obiad - mięso z ziemniakami, ja wybrałam spaghetii z krewetkami, a dzieci menu dla najmłodszych – kurczak z frytkami. Albo byliśmy tak głodni, albo jedzenie było naprawdę dobre, bo kelnerka zbierała po nas puściutkie talerze. :)
Po obiedzie koniecznie chciałam zobaczyć Kardiorg – barokowy pałac z cudownie kolorowymi ogrodami i trzema stawami. Budowę Kardiorgu rozpoczęto w XVIIIw. z rozkazu cara Piotra Wielkiego. Wewnątrz znajduje się muzeum sztuki z obrazami i rzeźbami, które zwiedziłam sama, podczas gdy reszta rodziny siedziała w parku.

Późnym popołudniem zaopatrzyliśmy się w produkty spożywcze w markecie i pojechaliśmy około 70km na wschód do Parku Lahemaa, który dla Estończyków jest symbolem nieskażonego ekologicznie dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Na terenie parku wytyczono 21 szlaków turystycznych o łącznej długości 120km. Lahemaa jest najstarszym i największym parkiem narodowy Estonii. Na północy znajduje się wiele, przeważnie bezludnych, przybrzeżnych wysepek oraz ogromna ilość głazów narzutowych. Na południu dominują zalesione wzgórza morenowe, mokradła i jeziora. Wieczorem wybraliśmy się na spacer po półwyspie Parispea na najdalej wysunięty punkt na północ w Estonii. Namiot rozbiliśmy w lesie blisko plaży. Był to jeden z punktów RMK z miejscem na rozpalenie ogniska i budką-toaletą. Ogień trochę pomógł nam w walce z atakującymi komarami. Jednak Północ pełna jest tych krwiożerczych stworzeń.

Najdalej na północ wysunięty kraniec Estonii - półwysep Parispea.
Starówka w Rydze.
Jeden z ryskich kotów.

19.08
Dzieci wstały już o 6:20. Był pochmurny poranek z lekkim opadem.
O 9:30 po śniadaniu ruszyliśmy do Joelahtme, gdzie podziwialiśmy wodospad Jagala. Jest to kaskada o wysokości 7.2 m i bursztynowym kolorze wody, zabarwionej piaskiem, nazywana Estońską Niagarą. Potem, za ciosem, wybraliśmy się na inny wodospad do małej miejscowości Keila-Joa nad brzegiem Morza Bałtyckiego, około 30 kilometrów na zachód od Talina.
Wodospad ma 6 metrów wysokości i 10 metrów szerokości. Można go podziwiać zarówno z platformy widokowej, jak również podejść bliżej na dół. Znajduje się tutaj elektrownia wodna, która wykorzystuje wodospad do produkcji energii. Niedaleko Keila-Joa jest znany trzydziestometrowy klif Turisalu, jak dla mnie zarośnięty drzewami i niewarty uwagi.

Z Keila Joa czekała nas czterogodzinna droga do stolicy Łotwy – Rygi. Dzieci spały w aucie, a już pod Rygą zatrzymaliśmy się na zakupy spożywcze i szybką kolację. Była godzina 19, a zdawaliśmy sobie sprawę, jak ciężko znaleźć miejsce namiotowe przy tak dużym sześciusettysięcznym mieście. Sprawnie zarezerwowałam nocleg w najtańszym hostelu Yellow Hostel w samym centrum przy ulicy Merkela. Dwa łóżka piętrowe dla czterech osób w małym pokoju bez gniazdek elektrycznych za 120zł. Łazienka była na korytarzu, kuchnia wyposażona w lodówkę, kuchenkę, czajnik i naczynia. Rano dla wszystkich przygotowane śniadanie – płatki z mlekiem i ciasteczka, czyli wszystko czego nie możemy jeść. Po raz pierwszy i ostatni na tym wyjeździe wykąpaliśmy się. Hostel pełen był ludzi różnej narodowości, dzieciom podobało się. Mimo wszystko spanie w hostelach to nie dla nas. Było gorąco i bardzo głośno (blisko dworca centralnego), ale jedną noc jakoś przeżyliśmy. Rano nie zdążyliśmy wykupić parkomatu i dostaliśmy mandat minutę przed naszym przybyciem do auta, ale okazało się, że bilety parkingowe w Rydze są drogie i mandat zwraca się już po pięciu godzinach parkowania, a nas czekało właśnie całodniowe zwiedzanie stolicy.

Dalej spacerujemy po ryskim starym mieście. W tle po prawej dom Bractwa Czarnogłowych.
Wilno, cmentarz na Rossie. Czarny Anioł.
Grób ojca Juliusza Słowackiego.

20.08
(Całodniowe zwiedzanie Rygi)
Chyba pierwszy tak ciepły dzień na naszych wakacjach. Mimo wczesnej pory (9 rano) Starówka cała skąpana w słońcu. Zwiedziliśmy kościół św. Piotra z XIII w. uznawany za symbol chrześcijaństwa na Łotwie i katedrę Najświętszej Marii Panny, Dom Bractwa Czarnogłowych zrzeszającego nieżonatych, bogatych kupców, pałac prezydencki oraz trzy urocze kamienniczki tzw. Trzej Bracia. Natrafiliśmy też na knajpkę Pelmeni XL, gdzie serwuje się rosyjskie pierożki pelmieni. Jest ich tu wiele rodzajów: wegetariańskie z warzywami, z mięsem, z serem, z kapustą i grzybami, w bulionie itp. :) Poza pierożkami zjedliśmy też zupę mięsną solankę, chłodnik barszcz i deser blok czekoladowy w kisielu.

Nocleg w lesie kawałek na wschód od Wilna.

Ok. 15 spakowani ruszyliśmy do Wilna (300km). Nasz urlop dobiegał końca, więc powoli zjeżdżaliśmy na południe. Do stolicy Litwy dotarliśmy ok. 19 i nie chcąc tracić czasu, zdecydowaliśmy obejść cały Cmentarz na Rossie, gdzie zobaczyliśmy grób Joachima Lelewela, ojca Słowackiego oraz rodziny Piłsudskich – brata Adama, żony Marii, matki marszałka, gdzie pochowane jest również jego serce. Cmentarz na Rossie jest jedną z czterech narodowych nekropolii. W skład cmentarza wchodzą niezwykle klimatyczna Stara Rossa (1769 r.), Nowa Rossa (1847 r.) oraz Cmentarz Wojskowy z 1920 r i Mauzoleum Matka i Serce Syna (1936 r.) Cmentarz pełen jest pięknych pomników, niczym dzieła sztuki, położenych na wzniesieniu, co daje klimat temu miejscu. Można tu znaleźć groby wielu profesorów, lekarzy, intelektualistów, historyków i architektów. Obejścia nekropolii zajęło nam ponad dwie godziny, dlatego już po zmroku szukaliśmy miejsca na namiot. Niestety w Wilnie ciężko o dzikie miejsce, kilkanaście kilometrów od centrum wyszukaliśmy na mapie las i nie zastanawiając się długo, pojechaliśmy tam rozbić obozowisko.

Wilno. Wnętrze kościoła św. Piotra i Pawła.
Widok z katedry.
Pomnik Giedymina.

21.08
Niestety dziś dosięgnęła nas w końcu bardzo deszczowa aura. Padało aż do południa bardzo intensywnie. Udało nam się na sucho zjeść śniadanie, jednak zwiedzanie Wilna czekało nas w strugach deszczu. Zaczęliśmy od pięknego kościoła św. Piotra i Pawła uznanego za jeden z najwybitniejszych przykładów sztuki barokowej dawnej Rzeczypospolitej. Fundatorem świątyni był hetman Michał Kazimierz Pac, który po śmierci kazał się pochować w progu kościoła z inskrypcją „tu leży grzesznik”. Następnie uciekając przed deszczem, pojechaliśmy pod katedrę wileńską, która ma bardzo bogatą historię, wielokrotnie zmieniała style od gotyku po obecny klasycyzm. Świątynia stanowi istny panteon, spoczywają tutaj bowiem św. Kazimierz, król Aleksander Jagiellończyk, serce Władysława IV Wazy oraz żony Zygmunta II Augusta – Elżbieta Habsburżanka i Barbara Radziwiłłówna.

Ostra Brama.

Po zakończeniu zwiedzania katedry rozpogodziło się i mogliśmy schować parasole. Ruszyliśmy na spacer po Starym Mieście. Zobaczyliśmy kampus Uniwersytetu Wileńskiego oraz słynną bramę miejską – Ostrą Bramę wzniesioną w XVI wieku, będącą pozostałością po dawnych fortyfikacjach. Od wewnętrznej strony bramy znajduje się kaplica Ostrobramska z 1829r. z obrazem Matki Bożej Królowej Korony Polski. Wszyscy pewnie pamiętają Inwokację Pana Tadeusza autorstwa Adama Mickiewicza, gdzie została wspomniana Ostra Brama:

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie!

Miasto Wilno bardzo nam się spodobało i na pewno będziemy chcieli tu wrócić, żeby lepiej poznać historię, ale tymczasem nasz urlop dobiegł końca i trzeba było wracać do Polski. Litwę zapamiętam jak kraj typowo rolniczy z ogromną ilością bocianów. Te wielke ptaszyska chodziły nawet za traktorami, niczego się nie bojąc, a na jednym z pól naliczyłam pięć bocianów w jednym miejscu!

Na Uniwersytecie.
Pokrzywdzona przez system kobieta protestuje bezskutecznie przed Pałacem Prezydenckim. 
Wileńska starówka.
Wracamy.

Późnym popołudniem ruszyliśmy w stronę Polski, a dokładnie do Grajewa spotkać się z moją kuzynką Marzenką i jej rodzinką (i moim chrześniaczkiem Erykiem:). Mieliśmy wyjątkowe szczęście, bo prawie przez cały wyjazd byliśmy poza siecią elektryczną (nie licząc jednej nocy w hostelu) i poza wodociągami/łazienkami, a gdy już dotarliśmy wieczorem do Grajewa, to prądem cieszyliśmy się 5 minut. Przejeżdżający TIR zahaczył o kable energetyczne, przerywając je i pozbawiając prądu całą okolicę. Także wieczór spędziliśmy przy świecach, za to zamówiona pizza była pyszna. ;)

22.08
O trzeciej nad ranem wyjechaliśmy w stronę domu, gdzie dotarliśmy wieczorem (po kilkugodzinnej przerwie w Wieluniu u Dziadków :).

Pogoda

Estonia jest chłodnym krajem północnym ze średnią roczną temperaturą powietrza 5.2°C. My trafiliśmy na wymarzoną pogodę. W dzień temperatura dochodziła do około 20°C, a w nocy około 10°C. Dni były słoneczne, co podwyższało temperaturę odczuwalną. Żadnej zaś nocy nie było nam zimno w namiocie, w przeciwieństwie do odwiedzonej wiosną Jordanii, gdzie silny wiatr w połączeniu z nocną temperaturą w okolicach 5°C powodował, że noce nie były komfortowe.

Przejazd

Przejechaliśmy cztery tysiące kilometrów. Delicja spisała się na medal i poczekała z awarią do powrotu. Dzieci w aucie też dały rady mimo sporej odległości, którą trzeba do i z Estonii pokonać. Najdłuższe odcinki pokonywaliśmy przed świtem, tak żeby przynajmniej te trzy godziny spały w samochodzie. Jeden raz Agniesia zasnęła za kierownicą. Dzięki Bogu w porę się ocknąłem, gdy wjechaliśmy na trawę przejechawszy wpierw lewy pas. Na drodze oprócz nas nikogo nie było, tak więc wszystko skończyło się szczęśliwie.  

Płatności

Za granicą korzystaliśmy z wielowalutowej karty płatniczej Revolut. Korzystając z takiego rozwiązania nie płaci się różnej maści opłat za przewalutowywanie, prowizji za zagraniczne przelewy, a i waluty wymieniane są po dobrym kursie, na pewno lepszym niż w kantorze. Rozwiązanie to podsunął mi kolega kilka tygodni przed wyjazdem i okazało się dobrym wyborem. Co prawda sama firma Revolut podpadła mi trochę, a to za sprawą sześciokolorowych kart hańby, które były promowane przy rejestracji, ale jako że mam zwykłą to tematu nie będę roztrząsał.

Język

Z ludźmi rozmawialiśmy przeważnie po rosyjsku. Szczególnie na Łotwie jest to język, który znają praktycznie wszyscy (no może oprócz najmłodszych Łotyszy). Wg. Wikipedii na łotwie mieszka prawie 30% Rosjan. Pewna Rosjanka, z którą rozmawialiśmy twierdziła zaś, że jest ich 40%. W Estonii łatwiej znaleźć kogoś, kto zna angielski. 

Filmik

Jakiś czas temu Tomasz Rożek na antenie radiowej Trójki lub też na łamach Gościa (nie pamiętam dokładnie) mówił, że wśród teraźniejszej młodzieży najbardziej pożądanym zawodem lub może raczej zajęciem jest bycie youtuberem. Idąc tym tropem zmontowaliśmy krótki filmik z naszych wakacji i zamieściliśmy w owym serwisie.

Jeśli uważasz, że nasze relacje są interesujące lub wniosły coś do Twojego życia, to postaw nam proszę wirtualną "małą czarną".

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Tak jak przy poprzedniej relacji (z Jordanii), poniżej można dodawać komentarze. Zapraszamy. 




Dodaj Komentarz

1000
Wspomagane przez commentics

Komentarze (0)

Brak komentarzy, bądź pierwszy!


KONIEC